7 powodów, dla których koniec świata da się lubić

Miałam zupełnie inny pomysł na kolejną notkę, ale pomyślałam sobie, że po tym marudzeniu, jak to mi smutno, szaro i źle na tym moim końcu świata, należy pokazać Wam, że… jestem tylko i aż Polką – ja po prostu lubię od czasu do czasu pomarudzić ;) Mój koniec świata zbiera bowiem nie tylko kiepskie noty. On ma swoje małe cudowności, których sztuk wybranych siedem Wam teraz przedstawię.

7. Na początek rozwiążę zagadkę porannego klipu. Otóż – ni mniej, ni więcej – trawię disco polo. Gdy obserwowałam to, co się w mediach działo podczas pięciu minut tej, co to tańczyła dla mnie, lekkostrawność gatunku była naprawdę wieeelkim plusem. Mogłam być obojętna, nie gorączkować się ani jak fani tej piosenki, ani jak jej hejterzy. To, czego w polu nie mogę sobie darować, to to, że poczta pantoflowa tak kiepsko działa na tym moim końcu świata – ominął mnie taaaki casting! Zamiast oglądać w tiwi kosmitów, co mają talent, mogłam ich zobaczyć lajf! (W castingu szans nie miałam, niestety. Tam i tak w przedbiegach wygrywa Teresa… A przynajmniej wygrać powinna – ci discopolowcy to się kompletnie na kobietach nie znają!) :P

A już na poważnie. Disco trawię równie skutecznie jak pop. Coraz mniej, ale niestrawność mi jeszcze nie grozi. Niektórzy Czytelnicy doskonale wiedzą, iż z urodzenia reprezentuję Podlasie, a bliskość stolicy tego gatunku zobowiązuje. Nie powiem, że lubię, ale nie powiem, że w życiu nie słyszałam. Bo słyszałam, bo bawiłam się przy, bo w większym mieście miastowi ciągnęli mnie na karaoke, by śpiewać  „Czarownicę”. Ale preferuję inną muzykę. Pobawić się przy disco mogę (kto z nas nie był na prawdziwym polskim biesiadnym weselu?), słuchać wolę czegoś zupełnie innego. Moich kilku muzycznych ulubieńców znajdziecie na Spotify. Pawła tam nie szukajcie ;)

Tu, na Podlasiu, niestety, często nie mam jednak wyboru. Bo tu disco nigdy nie umarło i szalało w polu nawet w tym swoich chudych latach. Niektórym się chyba podoba… sąsiadowi z góry na pewno, gdy zaprasza jedną ze swoich dziewczyn na bara bara bara riki tiki tak… 

6. Często i gęsto narzekam na pracę. W dużej firmie, w której do mojego działu trafia bądź przechodzi przez niego niemal wszystko, łatwo nie jest, jakoś trzeba czasem odreagować. Ale ten dział daje też nieco profitów. A to jakiś bilecik na finał The Voice of Poland wycyganiony od szefowej, a to miesiąc biegania z wywalonym jęzorem i potem cały dzień przy imprezie, ale… No właśnie. Rzaaadko się to zdarza, bo raz w roku, ale daje całkiem fajne możliwości. Ot, odwiedzają Anę mniejsze i większe gwiazdy – że nie rzucam słów na wiatr, parę migawek z bieżącego roku (i to tylko z jednego dnia!) poniżej.

IS_collageSM

(A gdzie jest Wally?;)

5. Prowincja lubi też sprawiać Anie niespodzianki. Jedną z nich sprawiła w tegoroczne walętynki. Wybierała się bowiem Ana do Mahometów ze trzy razy, nie dotarła ani razu, w końcu więc Mahomeci przybyli do Any! I to prawie pod dom, i to całkiem znienacka. Wierzcie mi, takie wydarzenia tutaj to wyjątkowa rzadkość. Raz w roku jakieś dni miasta, rzadko z topowymi (no dobra, nie zawsze musi to być top, bo top w tym kraju bywa czasem nieszczególny) gwiazdami. W mieście 20 km dalej bywajut ciut lepsiejsze koncerty, ale gdy chcesz raz na ruski rok zobaczyć kogoś, kogo naprawdę lubisz, to musisz szukać w Białymstoku albo dalej. I to raczej dalej na zachód niż na wschód :) Dlatego mino minusu w postaci cen biletów, Ana nie mogła nie skorzystać z udziału w takich walętynkach. Tym bardziej że ich plusem była kameralność. Bo… cdn. po filmie ;)

Kameralność poskutkowała tym, iż zarówno w wielkim, jak i tylko nieco większym mieście Ana nie miałaby całej loży (czyt. balkonu w kinie) tylko dla siebie, koleżanki i siostry, by hasać w niej do woli w rytm Enejowego grania :) A w życiu miłym!

4. Powietrze. Aż człowiekowi chce się zaciągać! Śmiem bowiem twierdzić, że oddycham tym najczystszym – w najbliższej okolicy trudno o wielkie fabryki i wysokie kominy, miasta są małe i zielone, a poza miastem są tylko pola, lasy, parę domków, łąki, ze dwa kościoły, trochę krzaków, młyn, rzeczka… Tu naprawdę inaczej się oddycha. Lżej. Przyjemniej. Rześkim powietrzem 365 dni w roku, a nie tylko czasem w mroźny poranek, nieco już zasnuty spalinami rozgrzewanych aut.

3. A co się jakowoś tam wiąże z powyższym – przyroda jest tu… wszędzie, wokół, cudowna. Zim piękniejszych niż na prowincji nie ma – szara posolona maź chodników i ulic ma się nijak do odstrojonych w białe sukienki łąk i cieplutko pootulanych w puszyste czapy lasów.

2. Życie płynie tu też innym rytmem – swoim własnym, niespiesznym. Nawet w biegu jest on jakiś taki nieco spokojniejszy. Fajny. Warszawiakom na pewno nie zazdroszczę.

Świat zblogowAny na Prowincja

1. Cisza, spokój, możliwość wyłączenia się… Wyjścia zaledwie za róg domu, a schowania się przed całym światem.  Nawet na łysym polu. Taka możliwość ucieczki na koniec świata jest czasem nieoceniona. Oj tak, ogromny plus mają miejsca położone na końcu świata. Bo wiecie… gdy już będę sławna (i bogata też nie zaszkodziłoby;), będę mogła tu spokojnie uciekać przed chmarą papa-papa-paparazzich :P Wbrew dość prostym ścieżkom w drodze do mojego magicznego domku zbłądzić można porządnie.

Aha, i zawsze dobijających się z wielkiego miasta natrętów można zbyć krótkim: „Tracę zasięg!” (choć ja i moja sieć mamy się bardzo dobrze, nawet w szczerym polu jest nas pięcioro: ja i cztery kreski zasięgu. Ale… szaa!;).