My blog is my castle?

Dzisiejszy wpis będzie mocno subiektywny i kalał będzie własne gniazdo. Powstał poniekąd na fali blogosfery pouczającej się nawzajem ws. Sokołowa, a poniekąd obserwacji wylewającego się z blogów mniej specjalistycznych trendu antyhejterskiego. Bo czegoś tu nie rozumiem…

Przyjmijmy, że jest sobie Romek. Pewnego dnia Romka oświeciło – może to jeszcze ostatnie promyki letniego słońca, może to jarzeniówka, a może czerwona latarnia. Nieważne. Romek postanowił zostać blogerem! Założył bloga, napisał kilka notek, zaczęli pojawiać się czytelnicy. Romek był przeszczęśliwy, bo wszyscy zachwycali się jego twórczością. Zgrzyty pojawiły się, gdy ktoś mu napisał, że ma nieładny szablon. Że pisze o maśle maślanym, pomylił znaczenie słów, a do tego napisał „ktury”. Że jest głupi, a jego dzieci – brzydkie. Romek się zdenerwował i wysmarował notkę, że to hejterzy są głupi. Że nie mają prawa go pouczać. I jak w ogóle śmieli zwrócić mu uwagę na pisownię?! W końcu jego blog to jego dom i goście nie mają w nim prawa głosu. A jak zasugerują, że mógłby posprzątać, to więcej ich nie zaprosi. Ale… przecież już zaprosił i dał im głos. Czegoś tu nie rozumiem. Chcesz być Romku blogerem i dyskutować z czytelnikami czy pisać pamiętnik chowany przed oczami, a przede wszystkim ustami świata?

Cóż, żywot blogera do najłatwiejszych nie należy. Ale bloger zapomniał chyba o jednym. W momencie, gdy klika ikonę „opublikuj”, wpis opuszcza już jego sferę prywatną. Bo jak coś upublicznionego może być jednocześnie prywatą? Internet to nie prywatny notatnik, w którym do naszych zapisków mamy dostęp my i ci, którym pożyczymy nasz notatnik. To sfera medialna. Nośnik komunikacji już masowej. Chcemy w blogu prywatności, własnego domu, małego przytulnego kącika – piszmy blog zamknięty, prywatny. Chcemy zrobić prywatkę albo nieco większe przyjęcie, zaprosić niewielkie grono czytelników – dajmy dostęp wybrańcom. Nie chcemy spamu, niemiłych komentarzy – wyłączmy tę funkcję, ustawmy odpowiednie filtry, moderujmy. Ale gdy wystawiamy się w publicznym teatrze, do tego oplakatowujemy cały system społecznościówek z FB na czele informacją o naszej sztuce, nie dziwmy się, że pojawiają się krytycy różnej maści. Że mamy i „słitaśne komcie”, i „hejterski pojazd”. To jest cena pisania dla bliżej nieznanego nam odbiorcy. Czyli swego rodzaju sławy.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? By u siebie uniknąć nawracania hetjerów, jakie miało miejsce w ostatnim czasie na kilku do nawet kilkunastu blogach, które odwiedziłam. W tym na kilku regularnie odwiedzanych (w tym na żadnym z „Czytywanych” dostępnych na pasku po prawej). To naprawdę nie były dobre notki i naprawdę nie rozumiem tego wzajemnego wspierania się w tępieniu hejterów i przytakiwania sobie, że te notki były potrzebne, że wiele w nich słów racji. Bo takich słów było w nich niewiele. To były raczej gorzkie żale urażonych dum. Bo jak ktoś mógł napisać o mnie tak źle, gdy inni się zachwycają!?

Wróćmy teraz od ogółu do szczegółu. Od Romka do Any. Slowem: zblogowany świat Any jest, owszem, moją twierdzą, ale i twierdzą Waszą. Naszą wspólną planetą – bez Was bliżej byłoby mu do bezludnego Marsa niż tętniącej życiem (oj tam, oj tam, wiem, że przesadziłam – na razie to początki życia;) Ziemi. Nikomu nie  zatrzasnę drzwi przed nosem (pomijając już fakt, że w tej twierdzy nie ma drzwi – przy tak szerokim ich otwarciu są niepotrzebne:) tylko dlatego, że ma inne zdanie niż ja i może kilku moich czytelników. Właściwie bliżej mojemu blogowi do boiska niż do domu – tak jak tam tu zawitać mogą i wierni kibice, i zwykli chuligani. Tym drugim mogę jednak pokazać żółtą kartkę. Mogę i pokazać czerwoną, wyrzucając poza boisko lub nawet poza trybuny. Gdybym chciała mieć tu ciasny, własny, przytulny kącik, nie czytalibyście teraz moich wypocin. I na pewno nie dałabym Wam jakiejkolwiek szansy wypowiedzenia się w komentarzach. Blogi nie są po to, by tylko pisać i by tylko czytać przyjemne komentarze. Te nieprzyjemne możemy zmoderować, usunąć, konstruktywną krytykę przyjąć, a nad smutnym losem hejtera, który nie ma nic ciekawszego do roboty, pozostaje tylko westchnąć i się uśmiechnąć. Znając swoją wartość, nie będziemy się przejmować byle kim, a zniżanie się do jego poziomu równie hejterską notką na pewno nie pokaże naszej wyższości nad internetowym trollem. Świadom wartości własnej blogowej twórczości autor nie potrzebuje szukać w komentarzach przychylnych mu czytelników potwierdzenia, że świat hejtera jest mały i smutny.

Bo im lepszy blog, tym większa fala hejterów się na nim pojawia. Z nimi jest jak z plotkarzami. Zazdroszczą. Po co więc zazdrośnikom pokazywać, że się nimi przejmujemy? Cieszmy się, że są, bo gdyby ich nie było, bylibyśmy nikim. A tak to chyba jednak jesteśmy kimś w naszej części blogosfery :)

Nie spamujcie więc, moi ulubieni blogerzy. Nie piszcie notek o hejterach i z myślą o nich. Bo dajecie im satysfakcję i pokazujecie swoją niepewność. Ale…

No właśnie, mam do Was jedno „ale” i to wcale nie takie małe. Ba! Bardzo istotne. W tych blogerskich bójkach i wojnach z hejterami wielokrotnie natknęłam się bowiem na argumenty, że skoro to mój blog, to mogę w nim pisać, jak chcę. Wybaczcie, ale słowami, że wolno Wam robić karygodne błędy (!), bo to Wasz castle, niestety, tracicie mój szacunek jako czytelnika. Pod tym jednym względem jestem staroświecka i uparta: jeśli ktoś się bierze za publiczne pisanie, niech to robi poprawnie. Jeśli ma z tym problem – niech się nie wstydzi, niech poinformuje, niech próbuje się uczyć, niech choćby wykorzysta opcję „Sprawdź pisownię” (jeśli nie w swoim panelu administratorskim, to najzwyklejszym Wordzie). Bo gorszym od nawet najgorszego błędu jest oburzanie się i „jeżdżenie” po czytelniku, który zwróci uwagę na ten błąd. A już karygodne jest wyśmiewanie czytelnika, który zwrócił uwagę na błąd w komentarzu pod tekstem, a nie w prywatnej wiadomości. Wybaczcie, ale blogi piszemy dla czytelników, to my jesteśmy dla nich, a nie oni dla nas. Od tego mamy opcję moderowania komentarzy, by przyjąć do wiadomości sugestię czytelnika, uderzyć się w pierś publicznie (czyt.: zostawić komentarz w całości i poprawić błąd) bądź w ukryciu (czyt.: usunąć sugestię czytelnika, pozostawiając resztę komentarza – o ile takowa jest – i poprawić błąd), a nie wręcz skakać takiemu czytelnikowi do oczu, bo „jak on śmiał mi, wielkiemu blogerowi, wytknąć oczywisty błąd?!”. Bo to, jak piszemy, świadczy o naszym szacunku do odbiorcy. Jeśli odbiorca nie jest Ci potrzebny, wróć do trzeciego akapitu tego tekstu i znajdź jedyną słuszną formę prowadzenia bloga (podpowiem leniwcom: to ta prywatna). Bo jeśli nie piszę tylko dla siebie, to piszę dla innych, a jeśli piszę dla innych, szanuję ich. Wyrazem szacunku do czytelnika jest zaś poprawność językowa. Podstawy interpunkcji i ortografii dla kogoś, kto pisze, to… podstawa. Jeśli więc ktoś robi karygodne błędy i jeszcze się obraża za zwrócenie uwagi, powinien pomyśleć nam zmianą bloga na np. vloga. W każdym razie na coś, co nie będzie wymagało od niego poprawnej polszczyzny pisanej. Jakem grammar nazi, wybaczam tylko drobne potknięcia w dłuższych wpisach. Takie, które w trakcie lektury uznam za niedbałość wynikającą z szybkiego pisania i braku czasu. Są to bowiem błędy zdecydowanie lżejszego kalibru niż niewybaczalne „w bulu i nadzieji”. Krótkich, kilkuzdaniowych wpisów nie umiem już usprawiedliwiać. One zahaczają o zwykłą niechlujność, jeśli błędy w nich zdarzają się notorycznie. A już najgorszymi z blogerów są ci, którzy śmiali się z Bronka i z całą Polską czytają dziennikarzom, a z siebie śmiać się nie pozwalają. Wiecie jak to się nazywa? Hipokryzją. Tu mój apel: poprawiajcie i mnie, przez moją pracę zaczynam się uwsteczniać (HELP!).

Podsumowując, nie chcemy hejterów, nie prowadźmy blogów. Przynajmniej publicznie. Bo po jednych hejterach przyjdą następni, po następnych – kolejni. Zwłaszcza jeśli piszemy charakterystycznie, zwłaszcza jeśli czyta nas wiele osób, zwłaszcza jeśli dążymy do tego, by czytało nas jeszcze liczniejsze grono. Pamiętajcie jednak, moi drodzy Czytelnicy, tylko o jednej zasadzie, jaka panuje w Świecie zblogowAnym: Wasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna wolność Any. W przypadku bloga w większości dotyczyć to będzie wolności słowa.

https://i0.wp.com/www.colipera.com/wp-content/uploads/2012/05/haters-gonna-hate.jpg?resize=604%2C394

Żyjmy i dajmy żyć innym. Szanujmy się nawzajem. A linczowanie hejterów zostawmy hejterom.