16 września – wspomnienie. Bo są daty smutne, a wyjątkowe…

Miało być krótko, zwięźle, na temat. Dwa zdania na facebookowej tablicy.  Będzie więcej, bo okazuje się, że (jak zwykle!) mam więcej do powiedzenia. Że dzisiejsza data sprawia, że mam ochotę (trochę wbrew sobie) na małe wyznanie. Takie trochę (bardzo?) melancholijne.

Dziś jest jeden z niewielu dni, które upewniają mnie w przekonaniu, że w życiu nie ma przypadków. Dokładnie 8 lat temu obejrzałam sobie – wtedy jak rzadko kiedy – Teleexpress. Do dziś pamiętam, że prowadził go jeden z moich ulubionych dziennikarzy, Maciej Orłoś. Zapamiętałam jeden, jedyny news. Oczywiście, nie pamiętam go od A do Zet, ale wyraz twarzy prowadzącego (nic niezwykłego, bo zwykle jest taki przy tego typu informacjach. A jednak!) i czarno-białe klatki newsa przewijają mi się przed oczami co roku 16 września. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że kompletnie nie wiem, dlaczego tak wbiły mi się w pamięć. Może to był pierwszy błysk tego, jak daleko sięgnęło moje późniejsze zainteresowanie tą dyscypliną sportową, tą jej częścią. Bo o męskiej siatkówce wiedziałam wówczas tyle, ile o piłce nożnej dziś: coś gdzieś dzwoniło, jakieś nazwiska, wyniki, na topie były u mnie wtedy inne dyscypliny i inni sportowcy… O, o Złotych dziewczynach wiedziałam za to o wiele więcej. Może więc zapamiętałam ten Teleexpress dzięki późniejszej informacji, że dziewczyny w pierwszym meczu rozpoczynających się już 17 września 2005 r. mistrzostw Europy zagrają (i grały cały turniej) z czarnymi wstążkami na koszulkach, a każdy wynik zadedykują Arkowi Gołasiowi? A miały co dedykować – obroniły przecież złoto.

Do dziś nie wiem, dlaczego tak pamiętam ten news. Co takiego w nim było, co sprawiło, że choć nie mogę powiedzieć: „Pamiętam. Pamiętam, jak grałeś”, chcę mówić: „Nie pamiętam, ale pamiętam!” I żałuję, że moja przygoda z kibicowaniem z pełnym zaangażowaniem męskiej siatkówce (bo sportom w ogóle kibicuję od kiedy pamiętam) zaczęła się już po 16 września 2005. Wiem jednak jedno: to nie był przypadek. Kilka miesięcy później („przypadkiem”) włączyłam telewizor, zobaczyłam „Gumę” na zagrywce i już z nim kończyłam prasowanie. Wkręciłam się – co prawda, tylko obserwacyjnie – w akcję „Dzika karta dla Polaków”. Potem potwierdziłam chęć studiowania w Olsztynie. Trafiłam do pokoju z zapalonymi kibickami, jedną wręcz opętaną siatkówką. Budziła mnie na każdy mecz japońskich mistrzostwa świata (bo ja sama wstawałabym pewnie przez całego pierwszego seta:). A potem na prezentacji olsztyńskiego AZS-u na łopatki rozkładały mnie odpowiedzi na pytania kibiców udzielane przez – ha! – zgadniecie kogo? Przez  wspomnianego przed chwilą „Gumę”. Tego od zagrywki przy prasowaniu kilka miesięcy wcześniej. Już nie dzielił nas ekran telewizora. Powiedzcie mi, gdzie tu jest przypadek?

Wbrew wydarzeniu z 2005 r.  data 16 września nie jest więc dla mnie datą szczególnie smutną. Nie znałam wtedy historii Arka, nie oglądałam jego gry, nie kibicowałam mu. Ta data wbiła mi się jednak w pamięć, stała początkiem mojej przygody z siatkówką, z kibicowaniem, ze wspaniałymi pozytywnymi emocjami, radością z kolejnych medali, a w końcu i relacjonowaniem pewnych wydarzeń z siatkówką związanych (acz prepoczątków mojej kibicowsko-dziennikarskiej przygody z siatkówką należy szukać już w 2003 r.).  Arka bliżej poznałam już po 2005 r. – nieocenione były w tym zasoby internetów! Nie jest to dla mnie bynajmniej data radosna, ale szczególna. Może gdyby nie ona, siedziałabym teraz w jakimś sądzie (jakimś cudem!), robiąc aplikację adwokacką?

Niemniej nawet to nie zmienia faktu, że w historii polskiej siatkówki jest to kolejna bardzo smutna data – tym smutniejsza, że odszedł niespodziewanie i za szybko, w kwiecie wieku i chyba w najlepszym momencie swojej kariery niezwykły talent. Quem di diligunt, adolescens moritur. – Wybrańcy bogów umierają młodo. Coś jest w tej starożytnej łacińskiej sentencji… 

  • Amisha

    Przypadków ponoć nie ma Ano. Im dłużej żyję, tym bardziej w to wierzę. Podoba mi się Twoja fascynacja sportem. Ja też lubię i nawet wybierałam się po liceum na AWF, ale jak widać – nie przypadkiem – trafiłam gdzie indziej… Nie śledzę wydarzeń sportowych ani żadnej z dyscyplin na co dzień, ale nie zmienia to faktu, że sportu nie traktuję zupełnie po macoszemu. Nigdy nie byłam na meczu z prawdziwego zdarzenia a wydaje mi się, że emocje na żywo są o wiele gorętsze i bardziej wciągają człowieka w daną dyscyplinę. Jeśli nasze chłopaki kiedyś wkręcą się w jakiś sport – będziemy z mężem mocno supportować ;).

    Czy Ty skończyłaś w Olsztynie prawo?

    • ana

      Ja też miałam trochę inny plan na życie, na razie trafiłam gdzie indziej. Ale skoro mowa, że nie ma przypadków: Twój pracodawca swego czasu sponsorował moją ukochaną siatkarską ligową drużynę. Ddla sponsora było chyba chyba z pół sektora, trzeba było brać chłopaków i wpaść do stolicy Warmii i Mazur – pokibicowaymyśmy razem! :D Bo tak: emocje w hali (o stadionach się wypowiadać jednak nie będę) są dużo większe i gorętsze niż przed telewizorem. Wiem! Za rok w Polsce są mistrzostwa świata w siatkówce mężczyzn – może spotkamy się w jakiejś hali? :D

      Nie, nie kończyłam prawa, ale kończyłam studia w Olsztynie. Prawo mogłam studiować w Białym, Warszawa jednak tak czy siak odpadłaby. Przyznam szczerze, że niepocieszona zaczynałam studia w Olsztynie. Potem byłam przeszczęśliwa, że jednak nie poszłam na to prawo (acz mój wydział był po prawej od wydziału prawa :P ).

  • I właściwie, co by jeszcze napisać. Osobiście byłem już zaznajomiony z dyscypliną, i Arka dane było już mi oglądać, to nie ma pewności, że zdecydowanie za krótko…

    Mój moment, kiedy dowiedziałem o śmierci Arka nie był jakiś wyjątkowy, tego dnia szkoła organizowała Dzień Ziemi, więc wyruszyliśmy z chłopakami sprzątać dzielnie i tam od jednego z przechodniów, o tym się dowiedzieliśmy.

    • ana

      Słowem: wybrańcy bogów… To, czego żałuję, że nie wyniosłam z domu, to tradycja kibicowania. Być może mniej by mnie ominęło, ale być może i inną osobą bym była. Drugim słowem: nie ma przypadków.

  • Sol

    Może miałaś przeczucie przyszłości? Takie nie do końca świadome: czułaś, że kiedyś to będzie dla Ciebie ważne i będzie Cię interesować… :D

    Szkoda że nie wpadłam na ten pomysł z pożyczeniem piórka… :D Może to przez ten pośpiech. Strasznie mi się podobała również ta papierośnica. Przypominała mi zdjęcia Audrey Hepburn… :)

    • ana

      Coś w tym jest Sol, coś w tym jest… ;)