Najtrudniejszy pierwszy krok, czyli powrót w 50 zdaniach

Bardzo trudno wraca się po długiej nieobecności [1]*. Bardzo trudno jest znów zacząć, a jednocześnie kontynuować [2]. Zaczynać niemal od początku, ale nie przekreślać tego, co już było [3]. Oj, bardzo trudno napisać to pierwsze zdanie (choć w tym przypadku jest ono już dawno za mną;) [4]. Zawrzeć najważniejsze wątki w pierwszym akapicie [5]. Pierwszej po przerwie notce. Bo chciałoby się tyle napisać, poruszyć tyle wątków, nawet już lekko przebrzmiałych. Ale od którego zacząć? Który rozwinąć, a który jednak pominąć? O czym napisać, co przemilczeć, co zadeklarować, za co przeprosić, a na co zaprosić [10]? Można by mnożyć takie pytania, można by szukać na nie odpowiedzi, ale może by najzwyczajniej w świecie Ana powitała Was ponownie w zreaktywowanym już Świecie zblogowAnym. Zatem: WITAJCIE! Oto jestem :)

Chciałabym wytłumaczyć, dlaczego mnie nie było. Ile razy zabierałam się za pisanie nowej notki i ile razy coś stawało mi na drodze – albo brakowało czasu, albo sił, albo w końcu tematowi kończył się termin przydatności do poruszenia. Wystarczy, że za tę notkę zabierałam się kilkakrotnie. Ona jednak ma swoją specyfikę – jest notką powitalną po długiej nieobecności, nieco tłumaczącą ową nieobecność; winna być też zapisem powziętych postanowień, które mają zapobiec kolejnym tak długim lukom w funkcjonowaniu Świata zblogowAnego. Tu jednak jawi się problem, z której strony tę notkę ugryźć. O czym w niej napisać, jak daleko sięgnąć w przeszłość i czy w ogóle kogokolwiek ona interesuje. Ale w końcu znalazłam sposób: skoro ostatnio w internetach robi furorę „tag 50 faktów o mnie”, dla odmiany Ana wykona tag 50 zdań o swojej nieobecności [20]. Będzie to głównie retrospekcja – nieco teraźniejszości i garść planów na przyszłość Świata znajdziecie już w kolejnym wpisie. Dość więc lania wody – jeszcze trzy zdania i połowa zdań wykorzystana!

Od dnia, gdy zamieściłam tu ostatni treściwy wpis, czyli od 21 lutego, minęło już 172 dni (w blogosferze to wieczność, ale w realu czas ten minął błyskawicznie…). Od ostatniej notki w ogóle – 133 dni. W tym czasie działo się w życiu Any wiele, niekoniecznie pozytywnie, choć ostatecznie skończyło się pomyślnie. Dość, że trzy miesiące to była właściwie praca od rana do nocy – w marcu, kwietniu i maju spędzała w pracy średnio 58 godzin tygodniowo – i to nie z własnej woli, niestety, choć poniekąd zwane to było „szkoleniem”. Niemniej i w tym smutnym czasie zdarzyły się dwa promyki słońca – oba w maju (chyba ten miesiąc wie, że Ana go uwielbia):

– pierwszy w pochmurną majówkę, gdy w odwiedziny (w końcu!) wpadła koleżanka ze studiów ze swym małżonkiem (ciekawostka: tuż przed ich pierwszą rocznicą ślubu – wspaniała para, której żaden ślubny majowy zabobon nie zaszkodzi) i Ana zabrała ich do stolicy swego rodzimego województwa.
Przerwa na reklamę i mały quiz: kto zgadnie, jakie to miasto [30]? Podpowiedź:

Pałac Branickich. Maj 2013

– drugi promyk był niespodziewanym kuponem odciętym od pracy i to w wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach. Bezpośrednia szefowa (naówczas) nie mogła skorzystać z zaproszenia (i chyba nie przepada za tego typu programami), a miała zarezerwowane bilety na…

… finał drugiej edycji „The Voice of Poland”!

Tak oto wejścióweczki trafiły w ręce Any, która trochę w białej gorączce, a trochę z rzeczywistą gorączką (choć bardziej to była kwestia bolących zatok), zrobiła z nich pożytek, spędzając wspaniały wieczór w ATM Studio (tym wspanialszy, że TVoP jest – moim zdaniem – aktualnie najlepszym programem typu talent show. I wielka w tym zasługa jurorów). Zwieńczony nową muzyczną sympatią (wszystkie Miśki fajne są, ale tego wieczora to Sobierajski skradł moje serducho!) i zwycięstwem jedynej możliwej drużyny. A że brak mi zdjęcia z jurorem najlepszym z najlepszych liczę, że jeśli tylko szefowa znów dostanie wejściówki, odda mi choć jedną, bym mogła to nadrobić – Mareczku, strzeż się! :)

Tak zatem minął maj, a z początkiem czerwca ubyło Anie 18 godzin pracy. Teoretycznie – jej prawie się nie zdarza wychodzić z pracy punktualnie, a pół godziny poślizgu to już norma [40]. Wolne soboty skończyły się 15 czerwca, gdy została oddelegowana na Piknik Poznaj Dobrą Żywność (gdzie już z samego rana zaczęły się atrakcje: najpierw obserwowaliśmy – zastanawiając się: uciekać, czy nie uciekać – biegającą samopas po dziedzińcu SGGW jałówkę, potem dłonie uścisnął nam minister Kalemba, a później… to już trzeba było się wziąć do pracy;), i 22 czerwca, gdy wysłano ją na imprezę zwaną Wianki na Nurcu. W kolejną sobotę Anie się upiekło, ale już 30 czerwca truchtała z logo firmy i materiałami reklamowymi do namiotu Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi podczas Lata z Radiem. W pracy była może w sumie 10 min, ale pozostała część imprezy dała jej to, czego jej było trzeba: energetycznego kopa – głównie za sprawą koncertu zespołu Afromental (wbrew pewnym antypatiom, ale zgodnie z pewnymi sympatiami;), a perfekcyjne widowisko Ani Wyszkoni (mimo pewnych sympatii bilansowanych antypatiami:) stonowało nadmierny jednak entuzjazm, by z odpowiednią dawką – nie za dużą, nie za małą – energii zacząć kolejny tydzień wytężonej pracy. Intensywny miesiąc zakończył 7 lipca, który Ana (niemal) od świtu aż do (naprawdę) późnych godzin nocnych spędziła w pracy (no, może też trochę tych godzin nocnych to było już po pracy;). Ale udało jej się połączyć przyjemne z pożytecznym i m.in. zatańczyć ze (za?) Stefano i Pauliną:

[45].

(Znaleźliście Wally’ego… znaczy Anę [46]?:)

Po 7 lipca Ana w końcu mogła lekko odpocząć (nie, nie, nie ma tak dobrze – o urlopie Ana może tylko pomarzyć…) oraz zaplanować (skuteczny… yyy, mam nadzieję!) powrót do Świata zblogowAnego [47]. I tak próbuje powrócić tu już od niespełna miesiąca – Anna Jantar miała jednak rację:

– na szczęście właśnie go zrobiłam i pozostaje mi powiedzieć Wam: „Do zobaczenia przy kroku drugim!” :) [48].

* nawiasy kwadratowe liczą zdania [49]. I ich równoważniki – by nie było żadnych wątpliwości :) [50].