Tak właśnie smakuje życie!

Świat zblogowAny w walentynki, których jakoś nigdy specjalnie nie świętował i świętować raczej nigdy nie zamierza, zdał sobie sprawę, że już dawno zapomniał, jak smakuje życie. Smakowanie życia najtrudniejsze zaczęło stawać się od połowy czerwca. I dopiero w walentynkowy wieczór, gdy to góra przybyła do Mahometa, a nie Mahomet do góry (a trzeba wiedzieć, że wybierał się kilka razy), Mahomet przypomniał sobie, że nawet w tej szarej codzienności życie może mieć jednak smak. 

To tak filozoficznie na początek :) Dalej pewnie też trochę pofilozofujemy, ale skoro zaczynamy tworzyć nowe filozofie blogowe, cóż stoi na przeszkodzie? Bo ten blog miał być inny niż od dziś będzie. Miał być poważny. Miał być załącznikiem do CV. I chyba od początku to nie wypaliło. Zaczęło usychać szybciej niż sawanna w porze suchej. Potem doszły nowe zajęcia, brak czasu, aktualnie zbyt często przeradzający się w brak sił do zasiadania przy klawiaturze. Czas mijał, priorytety się zmieniły, zapadłam niejako w zimowy sen… ale oto nadszedł 14 lutego 2013, śniegi stopniały i pojawił się pierwszy powiew wiosny.

Opuszczając Olsztyn po pięciu latach studiów, obiecałam sobie kilka rzeczy. Jedną z nich był co najmniej jeden w roku koncert live tego zespołu. Niestety, 2012 sprzysiągł się przeciwko mnie. Nie dotarłam na żaden koncert. A wybierałam się. Najbardziej zaawansowane plany i przygotowania były w grudniu. Cieszyłam się już na samą myśl, ale chyba nie tyle o samym koncercie, co o całej otoczce. Bo oto odwiedziłabym Olsztyn w cudownym czasie, w przepięknej oprawie – w trakcie Warmińskiego Jarmarku Świątecznego.

Ponadto, a nawet przede wszystkim zaciągnęłabym na ten koncert jedną z najlepszych (o ile nie najlepszą) koleżanek ze studiów, potem spędziła trochę czasu z nią i z jej jeszcze dość świeżo poślubionym małżonkiem w pakiecie, a na koniec wstąpiłabym na chwilę do Uranii. Nie stało mi na drodze nawet to, że koncert miał być w piątek wieczorem, do Olsztyna mam 4-4,5 h drogi, a pracuję od 8:00 do 16:00. Dałabym radę! Gdyby nie to, że… Najpierw w łeb wziął plan z zajrzeniem do Uranii. Potem zaczęła się (oj, jak przewidywalnie) przedświąteczna gorączka w pracy. A na koniec trzeba było podjąć męską decyzję i to ona przeważyła szalę. Perspektywa ćwiczenia placu manewrowego przy świetle dziennym. W grudniu możliwa jedynie w soboty.

Pominę plany kolejnych wypraw, już mniej rozbudowanych, ale w jednym celu: spotkać dawno niewidzianych i z ich pomocą odreagować całą pracę i bagaż jej stresów. Dodam, że w planach było również zahaczenie o kolejny koncert tego zespołu, tym razem WOŚP-owy, choć nie w Olsztynie i nie w stolicy. Ale i to skończyło się na planach. Gdy już pogodziłam się z porażką, gdzieś w okolicach 20 stycznia rzuciło mi się w (a nawet na) oczy facebookowe zdjęcie w tle. Z planem najbliższych koncertów. Z jego aktualizacją, bo we wcześniejszym planie planu na 14 lutego nie było. A w tym planie – bardzo znajome i bardzo bliskie (geograficznie) miasto. Drogie bilety, miejsce niekoniecznie koncertowe (sala kinowa) i już po posypaniu głów popiołem, ale… nie mogło mnie tam zabraknąć. I to w wersji bardzo aktywnej. Gdzie?

Nie miałam miejsca pod sceną, choć byłoby najlepsze. Ale śmiem twierdzić, że i tak miałam najlepsze. Niestety, nie dla mojego aparatu, bo nie dał rady i nie mam kompletnie żadnego zdjęcia nadającego się do czegokolwiek. Ale są plusy tego miejsca: przynajmniej nikt mi nie zasłaniał chłopaków (a przy ich wzroście, to wiecie :P ), nie było tłumów w mojej loży* i chyba dzięki temu ten kącik (czyt.: w 99% Ana) zaszalał na tyle, że został zauważony przez głównego frontmana i wręcz drugim koncertem nazwany. Mam tylko nadzieję, że w pozytywnym znaczeniu – że nie chodziło o dźwięki, których słyszeć nikomu nie życzę (tak, nie mam głosu i tak, lubię się wydzierać, gdy znam tekst), a w sali kinowej, zwłaszcza gdy milkły instrumenty, co nieco mogło dać się słyszeć. Nawet jeśli mówiłam szeptem ;) Więc mam ogromną nadzieję, że to o drugim koncercie to jednak dotyczyło widocznej nawet tam, z dołu, znajomości tekstów (większości tekstów. Bo trzeba dodać, że czułam się wyjątkowo głupio, nie znając połowy tekstów z nowej płyty, pomijając już, że wyjątkowo dużo ich po ukraińsku – dopiero na koncercie zdałam sobie sprawę z tego, jak mało od czerwca słucham muzyki – jakiejkolwiek. I że przy malowaniu pokoju zamęczałam lapka niemal wyłącznie tym, jak to dotykiem koloruję na niebiesko i zamieni się czarne na róż znalezionym w wersji koncertowej gdzieś na yt, jeszcze przed premierą klipu do drugiego singla, którego tytuł posłużył mi dziś za tytuł notki i jeszcze długo przed premierą płyty. I że zapomniałam o Lifehouse’owej „Almerii”! Ale i tę zaległość już nadrobiłam:), nieskoordynowanych ruchów całego ciała i ust próbujących śpiewać nie tylko pa polski, ale i pa ukraiński, ogólną wesołość i radość. I takie tam. I jeszcze może maślane oczęta, gdy śniłam na jawie o tych ulicach olsztyńskich, sesjach zdjęciowych na donicach na Starówce (cóż, nie tylko Mynio po nich skakał;), szybowaniu pod Zamkiem, tylu krokach i skokach na Górce w Kortowie, tak często mijanej Wysokiej Bramie, kościele na Mickiewicza, pewnie wciąż świecących pałach pod Wieżą Miłości, a nawet codziennych podróżach (a czasem wycieczkach o charakterze krajoznawczym) olsztyńskimi MPK-ami… Bo, oczywiście, przy „Ulicach”, „Komu” i  „Państwie B” oczyma wyobraźni widziałam nie tylko obrazy z teledysków, ale i siebie niemal w każdym z tych miejsc. Przypomnieli mi chłopcy, że półtora roku poza Olsztynem wcale nie zmieniło moich uczuć do tego miasta. Tam dom twój, gdzie serce twoje… moje chyba zostało tam. Albo mam dwa :)

Dobra, wystarczy tego – zrobiło się melancholijnie, a miało być zupełnie inaczej. Ale najwidoczniej tak działają na mnie ci niewysocy chłopcy z Olsztyna. Wyszaleję się, stracę głos, złapię zadyszkę po 3 utworach i stwierdzę, że się starzeję i postawię chłopakom plusa za granie live. Potem się opamiętam i dopiszę kolejnego minusa za Kortowiadę 2013 i to ich tanie oświadczenie.

Niemniej nawet ten minus i tak wyszedł na plus. W pierwszy weekend lutego byłam w Warszawie, zaliczyłam mecz PlusLigi, spacer po centrum stolicy, a przede wszystkim spotkałam dawno niewidzianych znajomych (niestety, nie udało się dotrzeć do wszystkich – te w sumie może ledwie 45 h to było zdecydowanie za mało!). To wtedy miałam odreagować, zapomnieć o szarej codzienności. Przez różne wypadki tamtego weekendu jakoś nie wyszło. Na koncert chłopaków jechałam z trochę mieszanymi uczuciami tuż po ich kortowiadowym oświadczeniu. Z trochę mieszanymi uczuciami, bo przecież  już zaczął się post, a ja przy piosenkach Eneja nie usiedzę spokojnie sekundy (o zgrozo, w tym kinie byli tacy, co nie kiwnęli palcem przez cały koncert!), a co dopiero podczas koncertu na żywo. Koncertu Eneja. Koncertu tak wiążącego mnie z Olsztynem. Z trochę mieszanymi, bo dzień przed koncertem zdałam sobie sprawę, że nie znam wszystkich tekstów (o odczuciach z tym związanymi pisałam chwilę temu). Ale gdy tylko wyszli na scenę, gdy z ich instrumentów popłynęły pierwsze dźwięki, gdy jako drugą zagrali „Myłą moją” (tu powinnam wstawić ikonkę czerwonego, wielkiego, bijącego w myłej rytm serducho)… zapomniałam o całym świecie. Skakałam, łapałam zadyszkę co 2-3 utwory (podczas Kortowiady 2011 – nie do pomyślenia!), śpiewałam zawzięcie, wybitnie zaznaczyłam swoją obecność, bo jak to można nie znać „Lili”. Nie zauważyłam, kiedy zagrali ostatni utwór przed bisami (a bisy przewidziałam z dokładnością do kolejności).

Nie zmienili się (mimo zmian wizualnych niektórych członków zespołu), nie zawiedli, choć zawiodą w maju. Przypomnieli mi, że nie sama pracą człowiek żyje. Że nie muszę czuć się psychicznie wyprana każdego dnia, że mogę znaleźć odskocznię. Że nie zawsze będzie to taki energetyczny koncert, po którym jestem wyprana fizycznie, ale pełna sił psychicznie. Jak to niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba, prawda? :) 

Nie powiem, bym była na wielu koncertach na żywo, bo nie byłam. A najwięcej koncertów live zaliczyłam podczas kolejnych Kortowiad – to też inna inaczej wpływa na odbiór. Ale nie skłamię, jeśli powiem, że tylko koncerty tych chłopaków zmieniają ręce w skrzydła. Przynajmniej moje.

Trzymajcie zatem kciuki, by ta energia, moc i siła przełożyły się na moją obecność w naszym wspólnym małym blogowym światku. By nie był to słomiany zapał, a życiodajna woda :)

A na koniec zostawiam Was z jednym z moich ulubieńców (a żaden nie jest pierwszymi dwoma singlami:) z nowej płyty Eneja. Ktoś w komentarzach pod tą piosenką napisał, że zgwałcił przycisk F5. Oj, zdecydowanie klawiatura mojego lapka łączy się w bólu z klawiaturą autora tego komentarza :)

PS: Zrozumiał ktoś coś z tego wpisu? ;)

*  Loża w tym kinie to balkon, a właściwie każdy z czterech sektorów, na które ten balkon podzielony został.

  • Kokosowa

    Pewnie, że zrozumiał! I to jeszcze jak, bo przecież razem uczestniczył i przeżywał! I chce jeszcze! Spasiba balszoje! I Chłopakom i Anie i E! ♥

    • ana

      Śmiem twierdzić, że przez moją niespełnioną miłość do Olsztyna, przeżywałam bardziej ;)

      • Kokosowa

        To na pewno, ale ja już się wkręciłam na dobre!

        • ana

          Czyli mogę po raz kolejny zostać matką chrzestną wkręcenia w enejoholizm? :D

          • Kokosowa

            jeszcze pytasz? :D to jasne jest, jak słońce, jak to, że kij ma dwa końce i to, że jutro już piątek weekendu początek :)

  • Ostatnio widzę u Ciebie bardzo muzycznie na blogu. Kurczę nawet nie wiedziałem, że Enej nie zagra na Kortowiadzie… Mam nadzieję, że to tylko rok przerwy, i nie wypieli się na Olsztyn!

    • ana

      Muzycznie na blogu, a do życia muzyka wraca po tygodniach nieobecności – zawsze gdzieś była, zawsze coś przy pichceniu obiadu gdzieś grało, ale dopiero w walentynki zobaczyłam różnicę na linii kiedyś – dziś. Brakuje mi muzyki na co dzień, 8, a czasem więcej godzin w pracy, po kolejnej zmianie biurka często w ciszy… brak mi muzyki jak cholera. Może dzięki blogowi wrócę na stare tory ;)

      A Enej i Kortowiada – w kalendarzu mają w tym czasie „termin zajęty”, a brak obecności mętnie tłumaczą na swoim i kortowiadowym fb… I ja tego nie kupuję – jak chyba zresztą większość.