Blue Monday, dwa bratanki, Barcelona i… ONA!

Tak, Ona. Ta, która tańczy. Dla mnie, dla Ciebie, dla nich. Dziś, niestety, dla Węgrów. Może faktycznie Cliff Arnall wiedział, co wylicza i ten Blue Monday ma coś w sobie?

Nie wiem, po co mi ta wiedza, którą media chcą mi przekazać niemal od rana. W sumie… od wieczora, gdy głodna (no dobra, już po obiadokolacji), zmęczona i po godzinach siadłam do kompa. No, bo co w tym dziwnego, że dziś jest poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia? Nic. Jest, jak był rok temu i jak będzie za rok. Ale gdyby nie pan Cliff Arnall i jego wyliczenia parę lat temu, nie czytalibyśmy dziś, że kończy nam się właśnie najbardziej depresyjny dzień w roku. Bo to od tamtej pory media i zmediatyzowani, głównie internauci, rokrocznie dowiadują się, że oto nadszedł Blue Monday. Że dziś mamy czuć się najgorzej w roku. Że to ma być najbardziej depresyjny dzień. Najlepiej nie wychodźmy z domu, a jeszcze lepiej z łóżka. Mnie jednak zastanawia, jak można myśleć i ekscytować się czymś takim. Bo czy naprawdę najgorszy dzień w roku da się wyliczyć matematycznie i przypisać dla każdego człowieka na tej ziemi tego samego dnia? A wypadki, w których giną ludzie? Ci, którzy stracili bliskich wczoraj albo stracą jutro z pewnością ten dzień uznają za owy Blue [tu wstaw odpowiedni dzień tygodnia]*

Nie powiem, że ten poniedziałek nie był kryzysowy dla mnie. Psychicznie i trochę fizycznie – na pewno. Ale, ludzie!, w grudniu bywały u mnie gorsze, niekoniecznie poniedziałki. Nie dajmy się zwariować, choć… ja tam nie mam nic przeciwko, by ten dzień był najgorszy w roku, bo oznaczałoby to, że będzie już tylko lepiej. Oj, chciałabym, chciała! Znając jednak moją pracę, wiem, że będzie pewnie jeszcze parę Blue dni. Nawet mimo mego niepoprawnego optymizmu :) No, ale z tej okazji (niepoprawnego optymizmu, oczywiście) niech już będzie – ten Monday był najgorszy ;) 

Podsumowując moje niespójne rozważania, da się je jednak krótko podsumować: taka jest właśnie siła mediów. Każdy chce napisać o Blue Monday, zanim inni to zrobią. Kto pierwszy, ten lepszy, ten zbierze więcej czytelników. Że pesymistów, to już mniejsza z tym. Na pewno wątek Blue Monady wykorzystają media sportowe – w końcu Polacy polegli z kretesem w meczu Węgrami. Jeszcze w przerwie meczu, wydawało się, że nie będzie źle, a może nawet będzie bardzo dobrze – jeśli tylko nasi szczypiorniści poprawią kulejące elementy, to może nawet awansują do ćwierćfinału bez żadnych dogrywek. Ale cóż, dla polskiej reprezentacji w piłce ręcznej mężczyzn to ewidentnie był najgorszy dzień tego roku. A mimo to, mam wrażenie, więcej emocji wzbudził hit ostatnich miesięcy niż druga połowa spotkania w Barcelonie. Ale tylu głupot (nazywajmy rzeczy po imieniu) a propos piosenki, którą puścił ten biedny barceloński nieuświadomiony w swej bezmyślności DJ, pisanych przez osoby o ponoć wyrafinowanym guście muzycznym, chyba dawno nie czytałam. Tym bardziej, że ten hit nie popłynął dziś po raz pierwszy podczas tych MŚ. Ale wróćmy do Dj-a: a co on miał puścić, jeśli nie to, co znalazł w najpopularniejszej dwudziestce na liście Youtube? Co, jeśli nie to, co znalazł na czele listy najpopularniejszych youtube’owych klipów w Polsce? Marylę Rodowicz czy Jarzębinę? A recepta była tak prosta: wystarczyło odsłony robić Piaskowi, a nie Weekendowi. 

Wiecie, co mnie w tym wszystkim bawi? To wielkie zdziwienie, często oburzenie, któremu przecież sami jesteśmy sobie winni. Dokładnie ponad 44 miliony razy razy. A to pisanie o tandecie i wieśniackim kawałku – to mnie nie bawi, a już śmieszy. Ciekawa jestem, ile z tych osób rozumie tekst piosenki (?) PSY. Albo Michela Telo. Zapewne one są mniej tandetne i wieśniackie. No tak, mniej, bo to przecież nie disko w polu. Ale mówimy o tekście, tak? Bo ja, naprawdę, nie widzę różnicy (przynajmniej przy pomocy wujka Googla). Nie powiem, że nie słucham – w sensie: nie słyszę, nie znam, udaję, że nie istnieje – rodzimego disco polo. Nie powiem, bo pochodzę z województwa, którego stolicą jest stolica disco polo. Tu prędzej czy później, tu czy ówdzie usłyszysz te siermiężne teksty i ten tłusty bit. Ale czy naprawdę polskie popowe gwiazdki piszą lepsze teksty? Bardziej złożone, subtelniejsze, mądrzejsze? Oj, nie wydaje mi się. Naprawdę daaawno nie słyszałam w popularnych stacjach radiowych dobrego tekstu. Jedyne, co polskie disko od polskiego popu to aranżacja muzyczna. Ta w disko jest bardziej „domowa” (czego już nie można powiedzieć o teledyskach), więcej w niej elektroniki niż muzyki (?), ale i popularne hity coraz bardziej bazują na prostych melodiach. Z tą różnicą, że tam jeszcze w tle słychać prawdziwe instrumenty. Przynajmniej w tych popularnych przebojach, które mi zdarza się słyszeć tu i ówdzie.

Po co to rozwodzenie się nad naszym przebojem narodowym ostatnich miesięcy? No właśnie nie wiem :) Chyba dlatego, że zastanawiam się, czy nasze społeczeństwo jest aż tak ograniczone, że wszem i wobec musi pokazać, jakie to jest wytworne, podczas gdy potajemnie (albo całkiem publicznie podczas takiego sylwestra na przykład) włącza sobie Weekend czy Boysów. No, ale przecież Jula, Alexandra, Honey, Ewelina Lisowska (taki wokal, a tak zmarnowany!) czy inny Feel to tak wysoka półka, że nawet gdyby ona tańczyła tak blisko drabiny, nawet jeśli w Barcelonie, gdzie jest bliżej gwiazd, nie wspięłaby się na wyżyny tekstów z kategorii nie-disko. Ar ju siur?


* Aktualizacja, gdzieś około połowy roku 2013: I żeby nie być gołosłowną, powiem Wam, że w tym roku (i zapewne całym moim dotychczasowym życiu) nie było chyba gorszego dnia niż 28.02.2013. Sami sprawdźcie, czy to Monday. :)

  • Mateusz

    Oooo :) I mnie zamurowało. Słucham, tańczę i śpiewam Weekendową nutkę :) Czy to źle, że disco polo wróciło do łask? Nie wiem, ale wydaje mi się, że niektórzy boją, że królowie disco wrócą na salony i stracą na tym troszkę kasiury.

    • ana

      Moim zdaniem to chyba w głównej mierze o to chodzi. Gwiazdy mamy raczej w niszowych gatunkach muzycznych, w mainstreamie roi się od przeciętniaków, których słuchając, nie potrafię rozróżnić, nie widzę ani krzty różnorodności. Wszystko jest takie samo, nudne, bezpłciowe. Jak to może się podobać, jak to może budzić emocje? A Ona budzi. Jak „Koko Euro spoko”. I jest nie tylko ciekawie, ale może dzięki temu w końcu lansowane w mediach gwiazdki pójdą po rozum do głowy i lepszy repertuar. Jeśli nie, disco wróci do łask nie tylko z jedną Oną, bo już teraz, pomijając tę dość wulgarną i jednoznaczną część muzyki disco, polo niewiele różni się od wszelakiego popu, dance’u itp.