Moje (para)igrzyska

Od ostatniej mojej notki wydarzyło się wiele i… niewiele, tak prawdę mówiąc. Zabierałam się na pisanie kilkakrotnie, ale zawsze coś stawało na drodze. Potem temat tracił na aktualności, nie było więc sensu go specjalnie reaktywować. Ale w końcu udało mi się pokonać wszelkie przeciwności i, miejmy nadzieję, ze stu-, a nawet dwustuprocentowym zapałem i zapasem energii wracam do blogosfery. Zaczynają się igrzyska paraolimpijskie, zacznę więc i ja – moje igrzyska blogowe. Wbrew logice nie od igrzysk, a od para… notki.

Tuż po ostatnim wpisie miałam uzupełnić bloga o relację z jednego z niewielu wydarzeń w mojej sielskiej krainie, w której – wbrew nie tylko planom sprzed roku, ale nawet baaardzo realnym ocenom rynku pracy – znalazłam zajęcie zgodne z wykształceniem (choć może nie z tą jego częścią, z którą bym chciała, ale jak się nie ma, co się lubi…) i zakotwiczyłam tu na pewnie parę lat (choć ta przygoda może się skończyć i niespodziewanie – nikt nie wie, co przyniesie jutro).

Zaraz po notce uzupełniającej miałam napisać o moich cichych i tych nieco głośniejszych nadziejach na medale igrzysk. Potem – radować się grą i krążkiem, nawet złotym, „moich” siatkarzy. Innymi medalami i wynikami, niekoniecznie ze ścisłego topu i podium, oczywiście też. Ostatecznie chciałam podzielić się smutkiem i refleksją, dlaczego miało być tak pięknie, a skończyło się jak zawsze, a przynajmniej jak zawsze od Aten. Przynajmniej u siatkarzy. Choć w ogólnym bilansie wyszło niemal najgorzej w historii – Londyn coś nam nie służy, dwa najgorsze wyniki w klasyfikacji narodowej Polska zajęła właśnie tam.

Mimo kiepskiego wyniku moich ulubieńców, te igrzyska i tak miały dla mnie dość wyjątkowy charakter. Bo oto słuchając komentarza pana Dębowskiego, zdałam sobie sprawę, że… jestem mu wdzięczna. Za styl komentowania. Szok, nie? Przez ostatnie 4 lata  niemal diametralnie zmieniło się moje postrzeganie nie tyle treści komentarza, co właśnie jego stylu, emocjonalności. Ale gdyby wtedy było takie jak dziś, nic bym nie zawdzięczała siatkówce na IO w Pekinie i jej komentatorowi. Bo nigdy nie poznałabym wspaniałej kibicki, ale przede wszystkim osoby. Zaczęło się od, nazwijmy to, ostrej wymiany poglądów na zapomnianym Gronie, skończyło na naprawdę ciekawych i wartościowych rozmowach (takich wiecie, wręcz męskich, o życiu i śmierci. „A rano… zrobię jajecznicę”. Tylko każda sobie, bo dzieliło nas ładnych paręset km;) i spotkaniu w realu (nie, nie w sklepie, są ciekawsze miejsca;). Przed chwilą czytałam wpis Amishy o spotkaniu kilku blogerek – miałam niemal deja vu, jakbym czytała o swoich spotkaniach z osobami poznanymi dzięki – może bardziej pasji niż internetowi, ale bez tego drugiego byłaby tylko pasja. A tak, jest i pasja, która łączy, i rozmowy poza pasją, które wcale nie dzielą :)

Następna notka winna była być o wrażeniach po siatkarskim meczu finałowym na IO i tym, że (i dlaczego) jednak kibicowałam Rosjanom. Wreszcie zdarzyły się dożynki gminne tuż pod moim nosem, niemal pod domem rodzinnym – może i prowincjonalne jak cała Polska Wschodnia (którą I <3 ), ale ze wspaniałą atmosferą, bo to wybrani, najbliżsi ludzie i miejsca się liczą i to oni tworzą klimat. A na ten narzekać nie mogłam, wbrew wszystkim wrażeniom (choćby takim, że po powrocie do domu po 5 latach studiów w Olsztynie – dość dalekim i geograficznie, i mentalnie, przynajmniej jeśli chodzi o środowisko, w którym miałam okazję „się obracać”, od tego miejsca, w którym teraz jestem – czułam się nieco nieswojo, obco, nie kojarzyłam wielu ludzi, zwłaszcza młodzieży. A tu przecież wszyscy wszystkich znają!) i obawom, w końcu poczułam się u siebie.

Na koniec ostatnia sobota, w którą popielgrzymowałam do lokalnego sanktuarium. I o nim też mogłabym napisać. No właśnie: mogłabym… Ale skoro kilka minut temu (w momencie, gdy piszę te słowa, jest 21.47, a więc 17 minut temu rozpoczęła się ceremonia. A pewnie moja dbałość o każdy szczegół sprawi, że notkę dodam za minut… kilkadziesiąt) oficjalnie zaczęły się igrzyska paraolimpimijskie, ja stworzę paranotkę. Właściwie to… już ją zakończę, by niedługo powrócić z nieco bardziej interesującym wpisem. A może ciekawi Was któryś ze wspomnianych wyżej punktów, których nie udało mi się zrealizować na blogu? Dajcie znać w komentarzach, opiszę szerzej. (Marzenie ściętej głowy). Jeśli nie, skupię się na nowych pomysłach. Bo nie warto wracać do przeszłości, gdy teraźniejszość daje więcej możliwości.

Jak igrzyska paraolimpijskie. Z nich sportowcy wrócą pewnie z nie gorszym, a miejmy nadzieję, że lepszym, wynikiem niż przed czterema laty. Wówczas zdobyli 30 medali, zawstydzając pełnosprawnych. Szkoda tylko, że przy rekordowej sprzedaży biletów na tę imprezę, media traktują ją, jak… traktują. A ci reprezentanci Polski zasłużyli na wiele więcej niż… obcięcie kasy na sport niepełnosprawnych. Słowem: niepełnosprawne to mamy w tym kraju władze i wyniki sportowców pełnosprawnych.

I mojego bloga ;)

  • Ja mam to szczęście, że już Cię znam od ładnych nastu lat :D I bardzo się cieszę, że tak jest :)))) Blog jest świetny, pisanie masz we krwi. A ja od zawsze o tym wiedziałam :)
    Sobota coraz bliżej :D :D :D

    • ana

      Oj, bo się zawstydzę! Ale nie ja jedna mam pisanie we krwi ;) Z tym, że moje pisanie to bardziej grafomaństwo niż dziennikarstwo, więc chyba powinnam była wybrać inny zawód :)

      • zawód jak najbardziej pasujący do zamiłowań i pasji :)

  • Amisha

    Jak miło Ano Cię znów poczytać. Jako lokalna patriotka od początku mam do Ciebie słabość – bo choć nie wiem skąd jesteś dokładnie to jednak wiem, że to „nasze” strony.

    Igrzyska – oglądałam po łepkach bo akurat byłam na wsi na urlopie i był to okres żniw, innych prac i pełnej chaty – zwłaszcza w dzieci. Jakie były takie były… Siatkarze trochę zawiedli – fakt, inni też – ale jak napisałaś – emocje powoli opadają i dziś już głowę mam w zupełnie innych niż olimpijskie – chmurach.

    Co do spotkań w realu z osobami poznanymi via internet – obie już wiemy w czym rzecz :-).

    Olsztyn? Był okres, że pomieszkiwałam tam i nawet 2 miesiące pracowałam. Były wielkie szanse na to, że tam zamieszkam. Ułożyło się inaczej – nie żałuję jednak. Lubiłam Olsztyn, ale zawsze bliższy mi był Biały, w którym czuję się jak w domu i gdybym miała możliwość – chętnie bym w nim zamieszkała.

    Sanktuarium? No, brzmi ciekawe. Lubię miejsca kultu religijnego – takie czy inne.

    No i – gratuluję pracy ! :)

    • ana

      Zacznę od dziękuję, bo nie wierzę we wszelkie „nie dziękuj, nie zapeszaj” i uważam, że nie dziękują ludzie niewychowani ;)

      We mnie też chyba siedzi lokalny patriotyzm ;) Choć jednak wolę Olsztyn od Białego, ale może z tego powodu, że w Olsztynie zagościłam na 5 naprawdę fajnych lat, poznałam wspaniałych ludzi, a mój pierwszy raz w Białymstoku nie był przyjemny, bo trafiłam tam jako dziecko do szpitala. Potem bywałam tylko przejazdem, a to przecież aktualna stolica mojego województwa – przed reformą miałam stolicę nieco bliżej Ciebie, w Łomży :)

      A o Sanktuarium chyba napiszę, więc na razie nie zdradzę, o jakie chodzi. A co! ;) Co roku słucham dość ciekawej jego historii podczas ostatniego etapu drogi, może warto ją przybliżyć osobom spoza regionu?

      • Amisha

        Generalnie, Ano, mój rodzinny powiat to Kolno (bliżej Łomży więc) – w Gr. jestem odkąd zaczęłam pracę w łaciatej fabryce czyli zaledwie albo już kilka lat. Olsztyn lubiłam, bo ma fajny klimat i te jeziora dookoła, piękne tereny…. ale za krótko w nim byłam by się mocniej związać. Poza tym kojarzy mi się z moim długoletnim związkiem (przed mężem), który to związek się rozpadł (ale nie żałuję). Biały zaś to kawał historii mojego żywota – stąd jadę tam jak do siebie, choć miasto zmienia się – na lepsze!

        Marketing mówisz – elegancko!

        To czekam na opowieść o Sanktuarium :-)

        • ana

          O, proszę – to już nie tylko reprezentujemy okolice konkurencji, ale wręcz konkurencję – Ty łaty, ja paski ;)

          Nie dziwię się, że zżyłaś się z Białym, skoro spędziłaś tam kawał życia – to tak, jak ja z Olsztynem. Bardziej chyba dzięki ludziom, bo początkowo specjalnie zachwycona nie byłam, a po 5 latach mogłam z czystym sumieniem zaśpiewać z Czerwonym Tulipanem (trochę też z Enejem, acz u nich ta fraza nie występuje w tytule;) piosenkę pod tytułem na imprezie o tym samym tytule: „Olsztyn kocham”. Bo to ludzie tworzą miejsca, a ja w i dzięki Olsztynowi zawarłam kilka wartościowych i naprawdę ciekawych znajomości. A piękny krajobraz, Kortowiada i AZS to tylko taki dodatek ;)

  • My też najpierw spotkaliśmy się w wirtualu :D Nastał jednak czas spotkania w realu i było git. To gdzieś Ty się teraz zakotwiczyła? Co to za miejsce pracy zgodne z wykształceniem? Hmm? Ostatnie zdanie z wpisu najlepsze nic dodać nic ująć :D

    PS. I mam nadzieję, że zaczniesz pisywać tu częściej, bo takie teksty to ja chcę czytać!

    • ana

      Wirtual łączy ludzi, ale ja jednak wolę, gdy daje szansę na real – i też przyznam, że ten konkretny real był git ;)

      Zakotwiczyłam w rodzinnych stronach, na razie nie będę ich zdradzać publicznie. Poza faktem, że to jeszcze Podlasie, choć przy granicy z Mazowszem. Mniej więcej :) Sam pracodawca jest dla mnie z kompletnie innej bajki, ale dział – marketingu – to jak najbardziej komunikacja społeczna.

      I ja mam nadzieję, że w końcu będę tu regularniej (i u Ciebie również!), bo poznałam swoje zadania na tyle, że nie zabieram pracy po pracy ze sobą z pracy.

  • Sol

    Ach, ja też mam czasem ochotę na takie spotkanie blogerskie. Żeby tylko mieć możliwość i czas… ;)
    Pozdrawiam,
    Sol :)

    • ana

      Sol, możliwości i czas zawsze się znajdą, choć może same chęci nie wystarczą :) Ale nie dziś, to jutro, nie jutro – to pojutrze :)