Obyśmy w Londynie oglądali tylko takie obrazki, jak po niedzielnym meczu w Spodku

Tytuł nr 1: Rośniemy w potęgę? Tytuł nr 2: Świder, dziękuję!

Na fali emocji i wzruszeń nie mogę nie stworzyć choć krótkiej notki. Bo oto na naszych oczach tworzy się historia. Dziesięć chudych lat w oficjalnych rozgrywkach i oto w końcu w Toronto zaczęło się stopniowe przybieranie na wadze. I oby skierowanie na dietę nie zostało wypisane nigdy. A jeśli musiałoby być – to nie przed 12 sierpnia 2012 roku.

Data 26 lipca 2002 roku na długie lata wbiła się w pamięć kibiców siatkówki, ponieważ był to ostatni triumf reprezentacji polskich siatkarzy nad ich kolegami z Brazylii. Od tamtego czasu biało-czerwoni i canarihos spotykali się często gęsto, zwłaszcza w ostatnim czasie: Liga Światowa, mistrzostwa świata, memoriał Wagnera, Puchar Świata… Meczu ważnego, rozgrywanego o wysoką stawkę Polacy nie wygrali – triumfowali tylko w towarzyskim, czyli tak naprawdę niewiele znaczącym, meczu otwarcia hali Ergo Arena na granicy Gdańska i Sopotu. Zmieniali się trenerzy, zmieniały koncepcje prowadzenia kadry, ale zwycięstwo nad Brazylijczykami nadal nie nadchodziło. W końcu przyszedł ten, który w ostatnim czasie najbardziej zrewolucjonizował grę drużyny narodowej – Andrea Anastasi. Niestety, Kanarkowi nadal byli w ten czy inny sposób nieosiągalni. Ale wtedy przyszedł maj, zamieszał w Toronto, zgubił tydzień i w czerwcu odleciał Spodkiem. W końcu coś się zmienia w grze naszych siatkarzy, w ich mentalności, podejściu do rywala i gry. Przecież jeszcze nie tak dawno temu i to tu, na tym blogu, pisałam, że:

taki finisz pokazuje, czego brakuje polskim siatkarzom. To, co wydarzyło się w końcówce tie-breaka i było bliźniaczo podobne do trzeciej partii meczu z Brazylią, jasno wskazuje na problem natury psychicznej. Tam nie zabrakło umiejętności 

i że:

oby nie było więcej wpadek jak z Iranem. A gdy przeciwnik ledwo dysze jak Brazylia, nie litować się nad nim i dobić go. Bo potem to się mści – mogliśmy być w siatkarskim raju, pukaliśmy do jego bram, ale wstąpimy innym razem… 

Wygląda na to, że końcu wstąpiliśmy. I chyba mamy wszystko, co trzeba, by wygrywać z każdym. Nie tylko umiejętności, ale i mentalność. Mentalność zwycięzców, czasami wręcz sportowych killerów. I oby te cechy rosły w siłę aż do 12 sierpnia – bo tego dnia chcę zobaczyć naszych chłopaków po raz ostatni na arenach londyńskich igrzysk olimpijskich.

Obyśmy w Londynie oglądali tylko takie obrazki, jak po niedzielnym meczu w Spodku
Obyśmy w Londynie oglądali tylko takie obrazki, jak po niedzielnym meczu w Spodku, fot. FIVB

Dzisiejsze spotkanie miało też specjalny wymiar, przynajmniej w moim odczuciu. Oficjalne zakończenie kariery zawodniczej przez mojego ulubionego siatkarza Sebastiana Świderskiego było dla mnie jak takie sugestywne przekazanie pałeczki młodszym. Może nie kolejnemu pokoleniu, ale reprezentacji tworzonej w oparciu o przedstawicieli kolejnej dekady – już nie tej tzw. pokolenia ’77. Najstarsi na boisku (tzn. ci, którzy pojawili się na parkiecie podczas spotkania z Brazylią) byli dziś Łukasz Żygadło i Krzysztof Ignaczak, urodzeni jeszcze przed 1980 rokiem, ale pozostali? Gros z nich to urodzeni w i po roku 1985, czyli mniej więcej dekadę po „Świdrze”. Pokolenie ’77 przyniosło nam wiele radości, a ta swoista zmiana warty z każdym meczem rokuje coraz lepiej. Zwłaszcza że jednego z przedstawicieli tego świetnego pokolenia pożegnała z pompą, bo po emocjonującym, momentami wręcz dramatycznym, ale zwycięskim meczem z hegemonem światowej siatkówki. I tylko Sebastiana mi szkoda… nie, może nie jego – siebie mi szkoda. Że już nie zobaczę go w grze, na boisku. Ale mam nadzieję, że – jak i sam z nadzieją mówił o tym kilka godzin temu w Spodku – nie raz i nie dwa będę mogła śledzić jego poczynania obok boiska i to z równie wielkim zainteresowaniem. Oby nie był gorszym trenerem niż był zawodnikiem (a, niestety, często się zdarza, że wspaniały sportowiec zostaje kiepskim szkoleniowcem). Może nie dane mi było śledzić wielu jego poczynań,  bo historia moich sportowych zainteresowań jest długa, acz wyboista, ale to, czym mnie najbardziej intrygował, inspirował i czym zyskiwał mój szacunek, to jego niesamowita waleczność, która w ostatnim czasie przerodziła się głównie w heroiczną walkę z kolejnymi kontuzjami. Jego pełna gotowość do wparcia drużyny i jego niezwykły, niezłomny charakter. I ta bijąca (nie tylko z okularów;) inteligencja – wypowiedzi Sebastiana chciało się słuchać, czytać, nawet chłonąć – jak chyba żadnego innego sportowca, przynajmniej polskiego. Tak było przynajmniej w moim przypadku. A już całkowicie skradł moje serce tą sceną (niestety, samej nie znalazłam, jedynie w polsatowym „Clipie”, więc co niecierpliwsi mogą skoczyć do ok. 17 sekundy):

Cóż mi zostaje: panie Sebastanie, za wszystkie emocje – te sportowe i te „clipowe” – DZIĘKUJĘ! Liczę na więcej. Już z ławki trenerskiej – oby kiedyś naszej reprezentacji :)