Dumni po zwycięstwie, wierni po porażce…

W myśl tytułu: ciekawa jestem, czy za kilkadziesiąt minut będziemy dumni, czy wierni. A może ekspertami lepszymi i większymi od trenerów, zawodników, dziennikarzy i specjalistów znających się na swoim fachu, bo obcujących z piłką na co dzień, a nie średnio raz na dwa lata przez parę? Pomyślałam, że zamiast komentować głupią praktykę dobierania głosu dysydentom, lepiej wykorzystać przerwy we wrocławskim meczu, dając upust zdrowszym emocjom.

Zapytacie, komu kibicuję. Znam Rosjan, którzy kibicować będą Polsce. No, może przesadziłam – znam jedną taką Rosjankę. Nie przepada za swoimi piłkarzami, lubi, wręcz uwielbia niemiecką reprezentację. A ja? A ja się nie znam. Ale zawsze lubiłam sport. Sama trochę biegałam, teraz preferuję bierną siatkówkę (no, może nie taką bierną, gdy znajdę się na trybunach). Co chyba widać. Ale zdradziłam polskich siatkarzy. W piątek. 8 czerwca 2012. Oni w Brazylii zaczynali swój mecz, gdy ja oglądałam i wciąż planowałam obejrzeć tylko ceremonię otwarcia UEFA EURO 2012. No, i kawałeczek pierwszej połowy, a potem przełączyć się z powrotem na właściwą i najlepszą męską drużynową dyscyplinę w Polsce. Siedemnasta minuta spotkania Polska – Grecja, atmosfera udzielająca się przez ekran z trybun przybytku Narodowego i te niesamowite emocje, jakie zawsze wyzwala we mnie…. siatkówka. Zaraz, zaraz, coś tu jest nie tak! Przecież nie przełączyłam, piłka nie lata, a toczy się, jest kopana do siatki, nie odbijana nad nią! Nie wiem dlaczego, ale po raz pierwszy doszłam do wniosku, że choć piłką nożną klubową interesować się raczej nigdy mocno nie będę (ewentualnie mogę wpaść na trybuny Jagiellonii), to jej biało-czerwone wydanie (może to przesadne określenie) w jakiś sposób pokochałam. Nie powiem, że od pierwszego wejrzenia, bo parę meczów już widziałam i nigdy mnie specjalnie nie ruszały. Może to miłość tylko na czas tego EURO, może. Najwidoczniej udzieliła mi się atmosfera tego piłkarskiego święta. I skoro po 17. minucie i kolejnych 28 minutach piątkowego meczu musiałam się zadowolić jedynie ostatnimi 15 minutami pojedynku siatkarzy, wiem jedno: dziś wieczorem będę ściskać kciuki za polskich piłkarzy i zdzierać gardło równie mocno, o ile nie mocniej, jak za polskich siatkarzy. Tylko że dla kopaczy nie trzeba wstawać po nocy… tak, to zdecydowanie ich minus ;)

Ale miało być nie o tym. Sama jestem chyba nader patriotyczną kibicką. Nie ma reprezentacji, której bym kibicowała mocniej niż polskiej i nieważne, jakie wyniki osiąga. Potrafię zrozumieć koleżankę Rosjankę, bo i mam koleżankę Polkę, która kibicuje nie narodowościowo, a umiejętnościowo i charakterologicznie. Ja też tak mam, ale gdy gra polska reprezentacja, to nieco się rozmywa. Bo to w końcu NASI. Tak, jestem sportową patriotką. Mimo iż mecz z Rosją (w każdej dyscyplinie) dodatkowo napędza – naszych dziadków, rodziców i wielu z nas, bo zostaliśmy wychowani w końcówce rywalizacji z ZSRR bądź na historiach i emocjach z nim związanych – wolałabym nie słyszeć o sytuacjach, jak na Moście Poniatowskiego. Po co psuć sobie święto takimi incydentami? Zostawmy walkę sportowcom na boisku, jest o wiele ciekawsza. Swoją drogą, gdyby znany był wynik tej mostowej potyczki, może można byłoby na jego podstawie przewidzieć wynik meczu. Przydałaby się dobra wróżba, bo nie ukrywam, że po sześciu minutach dzisiejszego wrocławskiego pojedynku mina nieco mi zrzedła. Ale wierzę i zaraz biegnę przed telewizor. Niestety, nie ma mnie wśród szczęśliwie duszących się na Stadionie ani tłumnie i zgodnie kibicujących w strefach kibica. Wyciągam szalik i biegnę do swojej prywatnej strefy kibica. Z wiarą w sukces, choć chciałabym żeby był remis. Takie 2:2 byłoby fajne. W cuda wierzyć nigdy nie przestanę, zwłaszcza w sporcie. W końcu dopóki piłka w grze… ;)

A na koniec jedno (pewnie więcej niż jedno;) zdanie do niezainteresowanych meczami i wiecznie narzekających. Ja wiem, że nie każdy musi kochać sport i nie każdego to interesuje. Ale dzięki EURO mamy parę km nowych autostrad, mamy infrastrukturę sportową, której niejeden europejski kraj nam zazdrości (i wcale nie na nie poszło gros kasy, oj, nie – polecam wyliczenia Rafała Steca specjalnie dla kobiet i żłobków), nowe hotele, dworce, lotniska, lepszą komunikację… tego nikt nie zwinie po ME, to zostanie i będzie służyć wszystkim. Pewnie sporo sportowych laików poszło w weekend na STADION Pepsi Arenę. Czy tam był mecz? Narodowy też posłuży ogólnej rozrywce i uciesze, już służył zresztą. Że tłumy na ulicach, że głośno? Ludzie się cieszą, bawią – w końcu Polacy nie wyglądają jak wieczne marudy! To źle? Mogę zrozumieć, że rodzimym mieszkańcom miast gospodarzy może być trudno, ale to tylko 3 tygodnie. I to tylko kilka tych naprawdę ciężkich dni. Chcemy, by nasz kraj był zauważony na arenie międzynarodowej, a gdy jest na to szansa, to narzekamy. Nieważne, jak zagrają polscy piłkarze (choć lepiej niech nie grają gorzej niż w pierwszej połowie z Grecją), nieważne, że trochę utrudnią nam życie. Cieszmy się, że oczy całej Europy (i nie tylko!) zwrócone są na nas, widzą szybki rozwój i polskie zabytki, sportowcy zwiedzają Auschwitz (no to akurat przyda się wielu obcokrajowcom), organizacja nie okazała się klapą, a nieprzyjemne przypadki, jak dzisiejsze bójki, to zaledwie incydenty.

Bądźmy choć raz dumni, że jesteśmy Polakami. Bądźmy dumni, że to EURO, mimo wielu niedociągnięć, organizacyjnie dobrze wypaliło i nie przyniosło nam wstydu. Wierzę, że i piłkarze nam go dziś nie przyniosą.

Uciekam! Wołają mnie trybuny Narodowego z tv ;)

Będzie 2:2 dla nas :P

PS: Na rozstrzelenie tekstu (łojejusiu, alem się rozpisała w tej przerwie między meczami!) obrazkami nie mam już czasu, wybaczcie!