Akcja: Aktualizacja!

Czas najwyższy. By wrócić z aktualizacją bądź – jak kto woli i jak to mniej lubujący się w języku ojczystym mawiają – updatem/apdejtem dwóch zakurzonych już wpisów. W końcu: jeśli powiedziało się A, wypadałoby powiedzieć i B :)

Make your nails better! półtora miesiąca później

A właściwie już 2,5 miesiąca później… opiszę pokrótce efekty kuracji zakończonej wraz z końcem kwietnia. Niestety, nie pokażę Wam fotek moich pazurków, gdyż iż ponieważ od miesiąca nie stosuję już metody opisanej w poście z 13 marca, ale mogę wam ją z czystym sumieniem polecić. Nie pokażę ich wam równiez z innego prostego powodu: najzwyczajniej w świecie nie potrafię zrobić dobrego zdjęcia mojej ręce. Ale trening czyni mistrza, może kiedyś się uda.

Niemniej – otwórzmy szafę i przejdźmy do rzeczy :) Po raz pierwszy w życiu – a to już wystarczająco mocny argument – utrzymałam całe i zdrowe gotowe do malowania i zdobienia paznokcie do określonego przeze mnie momentu. Znacie zapewne ten ból, gdy oto zbliża się studniówka, wesele kuzynki czy bal magisterski, a wy cieszycie się pięknie uhodowanymi i wychuchanymi paznokciami. Ale wtem: chwila nieuwagi, nieszczęśliwy wypadek i tydzień, dzień, chwilę przed przystąpieniem do manicure’u – TRACH! – po pięknym paznokciu! Zadziera się, łamie i zostajemy z „kikutem” paznokcia…  Muszę przyznać, że sztuka dotrzymania ładnych długich paznokci do tej pory jeszcze mi się nie udała. Głównie przez to, że moje paznokcie są słabe i rozdwajają się. Ale… kuracja z siemienia musi działać, bo na weselu koleżanki miałam paznokcie, jakie sobie wymarzyłam (no, może nie do końca, bo zabrakło mi czasu na zdobienie;). Niestety, nie widać tego wystarczająco dobrze na fotkach z imprezy, więc ich również nie pokażę. Cóż… Mogę jednak zdradzić wam jeszcze jedno spostrzeżenie. Poza tym, że po pewnym czasie kuracji i świeżo po niej moje niemalowane paznokcie wyglądały, jakby były lekko pociągnięte bezbarwnym lakierem, to do tej pory – a minął już miesiąc, od kiedy zawiesiłam stosowanie kuracji – moje paznokcie są w dobrej kondycji i nie rozdwajają się, co do marca było na porządku dziennym.

Testerka zbędnych zapasów z magazynu

Tuż przed świętami pisałam o wygranym, a właściwie wylosowanym prezencie na Dzień Kobiet. I o tym, że to, co dostałam, zmieniło moją radość z wygranej w niesmak. Czyli o tym, jak to facebookowe konkursy na testerkę mogą okazać się sposobem na wietrzenie magazynów. Ale rad nierad – postanowiłam ważny jeszcze „aż” 3 miesiące kosmetyk wypróbować. Nie uczulił mnie, zapach też był OK, zastrzeżenia miałam tylko do konsystencji – może ze względu na krótki okres przydatności do użycia byłam uprzedzona, ale nawet mimo tego, wydawała mi się podejrzana. Nie mam pojęcia, jak wygląda „zdrowa”, ale ta, którą wyciskałam z tubki była – jak na krem – zbyt ziarnista (niestety, na zdjęciach tego nie widać, nie będę więc ich tu wklejać), tzn. w konsystencji a’la ubita na sztywno lśniąca masa bezowa (np. jak do Pawłowej) widoczne były drobniutkie punkciki. Ale wracajmy do testów. Otrzymałam krem pod oczy HYDRATING EYE CREAM (EyePro™ 3X Complex). Na opakowaniu mogłam przeczytać, że

dzięki zawartości EyePro™ 3X Complex poprawia mikrocyrkulację, przez co zmniejsza opuchliznę oraz redukuje cienie pod oczami. Krem powstrzymuje procesy starzenia, poprawiając sprężystość i nawilżenie delikatnej skóry wokół oczu.

Zapewnienia na facebookowym profilu zapewnieniami, mój test niekoniecznie je potwierdził
Zapewnienia na facebookowym profilu zapewnieniami – mój „test” niekoniecznie je potwierdził

Przyznam szczerze, że spodziewałam się, iż moja skóra wokół oczu – nawet mimo zastrzeżeń do konsystencji kremu – poprawi się. Szczerze mówiąc, długotrwałych zmian nie zauważyłam. Mimo szczerych chęci, niestety. Jestem minimalistką w użyciu kosmetyków i przez pierwsze 2 tygodnie stosowałam raz dziennie (wieczorem), a przez następne – 2 razy dziennie (rano i wieczorem). Kremu wystarczyłoby mi spokojnie na 3 miesiące albo i dłużej, ale od jakichś 2 tygodni (o ile  nie dłużej) zalega w tubce, bo zdecydowanie i mocno  zepsuł mu się zapach, a więc pewnie i inne właściwości. A ryzykować niepożądanych skutków nie chcę. Mimo iż zapewniano mnie, że dostałam produkt pełnowartościowy… nie jestem tego pewna.

Odhaczmy jednak, co miało być, a co było:
1) poprawa nawilżenia skóry wokół oczu – potwierdzone, choć nawilżenie nie było długotrwałe;
2) poprawa sprężystości skóry wokół oczu – nie zauważyłam specjalnej różnicy, a jeśli była, to tylko krótko po zastosowaniu kremu;
3) redukcja cieni i opuchlizny pod oczami – może nie mam z nimi wielkich problemów, ale tu różnicy kompletnie nie zauważyłam.

Ostatnie konkrety na koniec.
Cena: w aptekach internetowych waha się od ok. 32 zł do 40 zł.
Ocena w skali 1-6: 2.
Przy ocenie na 2, szukałabym i polecała inny kosmetyk pod oczy. No, chyba że moja próbka była nadgryziona zębem czasu i zbyt zmęczona spoczynkiem w magazynie, by przez około 1,5 miesiąca być w stanie pokazać swe prawdziwe oblicze. Cóż, nie dane było mi się o tym przekonać. W przeciwieństwie do próbek AQUASOURCE NUIT – nawet otrzymanych po umownym terminie, nawet jeśli przyszło mi się o nie dopytywać.