http://cdn.umg3.net/keanem/data/image/newpiclarge1.jpg

To mi w duszy gra: Keane ze Strangelandu

Abstrahując od pierwszego weekendu Ligi Światowej (chociaż pisząc tę notkę, wykorzystuję czas oczekiwania na ostatni mecz Polaków w Toronto), finału kopanej Ligi Mistrzów czy apostatycznego cyrku przy Franciszkańskiej 3, zajmę się czymś lżejszym i jednocześnie zacznę pewien cykl na moim blogu. Konkretniej: serię rozproszonych w czasie i przestrzeni wpisów, które uchylą rąbka tajemnicy o moich gustach muzycznych. Czyli dowiecie się, co tak naprawdę mi w duszy gra.

Dorastanie w erze „Disco Polo Live” i „Disco Relax”, a do tego niedaleko stolicy polskiej muzyki tanecznej nieco wydłużyło drogę ewolucji gustów muzycznych, zapewne nie tylko moich. Niemniej udało mi się w końcu zlokalizować to, co tygrysek lubi najbardziej. Gitarrrry! To jest to! Dlatego niemal wszystkie rockujące style muzyczne szybko wpadają mi w ucho, choć niekoniecznie te najcięższe. No dobrze, powiecie, ale skoro gitara, to w takim razie co tu robi Keane? W tym zespole pierwsze skrzypce gra przecież pianista! Racja, ale moja przygoda z tą brytyjską grupą rockową, której twórczość sytuuje się na pograniczu Brit popu i rocka alternatywnego, zaczęła się od ewidentnie gitarowego coveru utworu „Somewhere only we know”:

Dlaczego więc nie zaczynam opisywać muzycznych fascynacji od kapeli Lifehouse? Na nią niewątpliwie też przyjdzie pora, ale jesteśmy świeżo po polskiej (i wcale nie tak nieświeżo po brytyjskiej) premierze nowego albumu Keane’a „Strangeland”. Nad Wisłę krążek zawitał 15 maja, ale do sprzedaży w Wielkiej Brytanii trafił w dniu moich urodzin – za taki gest zespołowi z Anglii ewidentnie należy się ode mnie „jedynka” ;)

Grupę Keane powinniście kojarzyć z singla wydanego 3 maja 2003 roku. Co prawda, ja niekoniecznie zgadzam się z tezą zawartą w jego tytule, ale sam utwór przypadł mi do gustu. Brytyjczykom tym bardziej, skoro znalazł się na 79. miejscu listy 100 najlepszych piosenek wszech czasów dziennika „The Sun”.

Nie będę się tu rozwodzić nad ocenami zespołu czy jego twórczości – nie jestem specem od muzyki, krytykiem tym bardziej. Mogę jedynie stwierdzić, że utwór musi mieć „to coś” – nieważne, jaki styl muzyczny reprezentuje. Do mnie muzyka musi przemówić, ja ją odbieram całą sobą. Tło musi współgrać z wokalem, muzyka z tekstem. Może dlatego każda płyta (singiel, EP-ka czy longplay) Keane’a miała coś idealnego dla mnie. Pierwsza „Hopes and Fears” przyniosła „Somewhere only we know”, „Everybody’s changing”, „Bedshaped”, „This is the last time”

czy „Bend and break”. W drugiej – „Under the Iron Sea” – w ucho wpadła mi pieśń dla samotnej duszy będącej za pan brat z grą FIFA 07 (tak, tak, dobrze czytacie – to ten utwór ze ścieżki dźwiękowej gry), czyli „Nothing in my way”, a także niepokojący „A bad dream” i zachęcające „Try again”. „Perfect Symmetry” wstrzeliło się do mojej głowy z piosenką tytułową oraz rozkręcającym „Spiralling”

melancholijnym „Love is the end” i „The lovers are losing”. Po drodze do „Strangelandu” ukazała się EP-ka pt. „Night Train” z nagranymi z raperem K’naanem (tak, tym od „Waving flag”) utworami „Stop for a minute” i „Looking back”. Przyznam, że to połączenie mnie zaskoczyło i to niekoniecznie pozytywnie. Keane’owi można zarzucić co nieco, choćby eksperymenty z syntezatorowymi i elektronicznymi brzmieniami zagłuszającymi wyjątkowo harmonijnie i płynnie komponujący się z dźwiekami klawiszy wokal Toma Chaplina, ale takie eksperymenty to nie jest to, do czego angielska grupa mnie przyzwyczaiła. Zwłaszcza drugi utwór ciężko mi strawić.

W końcu finał – ostatnia płyta zespołu, która jest w trakcie przesłuchiwania (dzięki uprzejmości youtube’a, oczywiście:). Czwarty album wydany cztery lata po poprzednim. Piąte z kolei wydawnictwo Keane’a, które migiem zdobyło szczyt UK Charts, co w tej kwestii (podboju szczytu listy) lokuje ich tuż za The Beatles i ex aequo z Coldplay i Robbie Williamsem. Na razie krążek brzmi tak przyjemnie, jak się tego spodziewałam. Tak – przyjemnie to odpowiednie słowo dla „Silenced by the night”

„Sea fog”, „Myth” czy „Disconnected”. Przyjemnie stonowane – dla mnie chyba trochę za bardzo po otwierającej album pozytywnie brzmiącej „You are young”.

„Strangeland” jest jak wielka przygoda, która każdemu przynosi coś innego. I jak każda przygoda jest pełna niepewności i potencjalnych wpadek, ale też daje możliwość nowych, wspaniałych odkryć

mówi o albumie klawiszowiec grupy i jej współzałożyciel, Tim Rice-Oxley. Cóż, wielu nowych, wspaniałych odkryć to ja nie dostrzegam (ale ja się nie znam), jednak powrót do korzeni po przygodzie z rapowymi brzmieniami zadowala mnie w pełni. Może to sielankowe i nudne, ale inne od tego, co zewsząd zalewa muzykę – tu zdecydowanie popieram Chaplina, który ocenił współczesną twórczość jako plastikowe brzmienia.

Dla mnie to jeden wielki hałas. Od czasu do czasu włączam MTV, a tam non stop ta sama papka. Na listach przebojów rządzi plastikowy pop, potworny wręcz Europop i jeszcze gorsze R&B. O co chodzi? Czy takie brzmienia nie znudziły się ludziom już w latach 90.? Młodzi artyści tworzą w podziemiu wspaniałą muzykę, ale nie mają szans się przebić, bo nikt ich nie promuje. Wszędzie słychać tylko ten straszny, syntetyczny, rozczarowujący łomot.

(źródło: megafon pl za muzyka.dziennik.pl)

Na szczęście Keane nie łomocze.