Koko koko i pitu-pitu na usprawiedliwienie

Dawno nie pisałam, oj, dawno… A do tego nieco okłamałam moich Czytelników na fejsie – nie będzie bowiem dwóch wpisów na blogu do końca tygodnia. Ba! W zależności od tego, jak kto liczy tydzień, to nie doczeka(ł) się żadnego. Bo na przykład dla mnie w niedzielę tydzień się zaczyna, nie kończy :) Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że robiąc wpis na profilowej tablicy bloga, nie byłam do końca sobą – złapała mnie drobna niedyspozycja, którą spokojnie mogę nazwać wrednym choróbskiem. Rzadko coś mnie, jak to się mówi, rozłoży, ale jeśli już, to konkretnie. Myślenie nie jest wówczas moją najlepszą stroną. W każdym razie, chociaż zmęczona, teraz nadrabiam zaległości z połowy miesiąca. Na kolejny wpis zapraszam najpóźniej we wtorek – fundamenty czekają już w brudnopisie ;) Ale najpierw…

proszę o usprawiedliwienie nieobecności mojej córki itd. pisała moja mama, gdy któregoś dnia zabrakło mnie w szkolnej ławie. Dziś już sama z pełną odpowiedzialnością mogę stworzyć coś w tym stylu. Nie lubię mieć zaległości, jeszcze bardziej nie lubię zawodzić innych, a choć mój blog dopiero raczkuje, to mam wrażenie, że mogłam już kogoś zawieść – statystyki nie kłamią i, o dziwo, ciągle ktoś tu po coś zagląda. Dziękuję więc za odwiedziny i obiecuję poprawę – oby po raz ostatni :)

„Ana Dreamz Pictures oficjalnie rozpoczyna kolejną produkcję :P” Wpis tej treści pojawił się na moim prywatnym profilu w popularnej społecznościówce trzy dni po moim ostatnim popisie tu na blogu. Ileż ja się namęczyłam, by zebrać potrzebne elementy, zmobilizować innych „koproducentów”, opracować zebrany materiał, oprawić go i poprawić, połączyć, pomontować… Możliwości mojego laptopa są ograniczone – niemal jak moja znajomość fotoszopa, a popularny Windows Movie Maker też mi pracy nie ułatwiał (no co, początkująca ze mnie reżyser;). Wolny czas poszedł więc się… bujać, w pozostałym bawiłam się w montażystkę, poświęcając wszystkie inne pasje. No, prawie, bo po nie w pełni obejrzanym finale mistrzostw Polski siatkarzy przyszło mi skrobnąć relację z finału mistrzostw Włoch siatkarzy (22 kwietnia).
Commento:
w obu emocji nie brakowało, w obu cieszyłam się, że to nie hegemon triumfuje. W Polsce: najwyższy czas było zdetronizować „7x combo” (jak opisuje tę drużynę nonsensopedia), bo finały siatkarskiej ekstraklasy robiły się zwyczajnie nudne. No, może poza momentami, gdy drużyna z Bełchatowa tłumnie rzucała się do gardła sędziemu. We Włoszech: może o meczu nie można było powiedzieć, że cały godzien był finału (set wygrany do 12 w najważniejszym meczu sezonu!?), ale o tie-breaku już, moim zdaniem, tak. Nie spodziewałam się takiego pojedynku, a zwłaszcza wygranej bardziej zmęczonej półfinałami i przegrywającej już 0:2 Maceraty. Ta liga ma jednak coś w sobie!

Złośliwość rzeczy martwych wydłużyła w czasie finalizację mojej „superprodukcji”, a złośliwość innych rzeczy martwych uniemożliwiła mi dotarcie na zaplanowane, nazwijmy to, wydarzenie. Najpierw posłuszeństwa odmówił mi laptop, potem przekonałam się, że narzekający na PKP nie są sami – mogą się do nich spokojnie przyłączyć skazani na PKS. Ja wiem, że paliwo drogie, że pasażerów coraz mniej, bo auta coraz popularniejsze, ale wystarczy drobna usterka, a człowiek z prowincji jest uziemiony na amen. Albo skazany na niewyspanie i wielogodzinne przesiadywanie na dworcu bądź szwędanie się wokół niego. Owa okazja, na którą nie dotarłam dzięki „przewspaniałym” połączeniom oferowanym przez Przedsiębiorstwo Komunikacji Samochodowej, nie była najważniejszą podczas ponadtygodniowego długiego weekendu majowego, ale dzięki tym wszystkim zdarzeniom, które nie pozwoliły mi na nią dotrzeć, mogłam się przygotować logistycznie na podobne wypadki przed najważniejszą imprezą majówkową: ślubem i weselem pierwszej mojej koleżanki ze studiów (nie pierwszej w ogóle z roku, ale pierwszej bliskiej) – tam przecież dotrzeć musiałam. I dotarłam, z gośćmi byłam, miód i wino piłam, zacnie się bawiłam, a com widziała i słyszała, w księgi… umieścić może nie umieszczę, ale przypuszczam, że pochwalę Wam fotografa, gdy zobaczę jego pełną fotorelację. Współpraca z nim układała się świetnie, wręcz idealnie reagował na przytrafiające się gościom raz po raz sytuacje i po 4 zdjęciach, które funkcjonują już w przestrzeni internetowej z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że całość zapowiada się interesująco.

Do przerwy… koko koko EURO spoko. Tak, tak: hymn naszej reprezentacji piłkarskiej miał zyskać swoją notkę na moim blogu, ale z oczywistych względów (patrz wyżej: problem z laptopem, prace sporo po czasie nad „superprodukcją”) odpuściłam ją sobie. Muszę jednak dodać parę słów od siebie.
„Obciach”, „wstyd”, „wiocha”, „zaścianek”, „jaki kraj, takie waka waka”… Moje prywatne pierwsze odczucie: kopiujemy rosyjskie babuszki? W sumie i to Euro(wizja), i to EURO. Drugie wrażenie: jaka reprezentacja, taki jej hymn. Ale im dalej w las… Wychowałam się na Podlasiu, tu króluje disco w polu, biesiadne czy ludowe rytmy też nie są mi obce. Jakiś czas temu pokochałam folkowe brzmienia w muzyce, niedawno na nowo odkryłam Gorana Bregovicia. A teraz kompletnie nie rozumiem tej fali świętego oburzenia po wyborze hitu biało-czerwonych na EURO. Nie powiem, że nie było lepszej piosenki (tym bardziej nie mogłam tego powiedzieć w dniu wyboru, bo wcześniej poznałam tylko fragment jednej kandydatki – właśnie późniejszej zwyciężczyni, którą tego dnia, poprzedniego bądź wcześniej zaprezentował „Teleexpress”), ale widząc w propozycjach zespół Feel, anonimowego dla mnie, ale już z nazwy kojarzącego się dość jednoznacznie MC Sobieskiego czy (niczego nie ujmując) kabaret OT.TO, domyślałam się, że Polacy to nie tylko naród przekorny, z poczuciem humoru, ale i wbrew pozorom inteligentny. Takim wyborem jednoznacznie dali do zrozumienia nie tyle, co im w duszy gra, a do czego przyznać się wstydzą (najbardziej zapewne ci najbardziej oburzeni, bo obnaża najmocniej skrywane i najgłębiej zakopane może nawet sympatie), ale jak oceniają aktualne trendy w polskiej muzyce. Serwowana nam przez stacje radiowe czy telewizje muzyczne popowa papka może się znudzić najzagorzalszym jej fanom. Ja już dawno przestałam słuchać radia. Dodatkowo głosujący dali tu prztyczka w nos rodzimym gwiazdom. Za to, że są zbyt „zachodnie”, a tak mało nasze, swoje, może wręcz swojskie. Polacy nie są odosobnieni w tęsknocie za folklorem, ludowością, za czymś, co nas wyróżni na tle umasowionej popkultury, gdzie wszyscy są niemal jednakowi i przez to przezroczyści. Bo dlaczego talent show-y wygrywają tacy artyści jak Enej czy Gienek Loska, a nie np. Michał Szpak? Przecież ten ostatni znakomicie wpisuje się w trendy kreowane choćby przez Lady Gagę.
A dlaczego do pracy nad propozycją hymnu reprezentacji Liber połączył siły z folk-rokowym zespołem InoRos? Może i Jarzębinie daleko do folkloru Mazowsza, ale niewątpliwie czerpie z polskiej tradycji, z naszej rodzimej ludowości. Hit na EURO ma kojarzyć się z Polską, nie bezmyślnym kopiowaniem zachodu. Chcemy być sobą czy na siłę upodobnić się do Amerykanów czy Brytyjczyków? Może i powinniśmy sięgnąć do innej szufladki w kategorii „folklor”, ale – pozwolę sobie zacytować Marka Kościkiewicza (on chyba zna się na muzyce, nie? A na pewno lepiej niż ja;), którego słowa bardzo dobrze oddają to, co myślę i ja:

To piosenka na motywach ludowych, która ma służyć zabawie, kibicowaniu, wspólnemu śpiewaniu. Została wybrana właśnie dlatego, że się do tego nadaje. A zbyt wielu traktuje ją ambicjonalnie. Musimy nabrać większego dystansu i potraktować tę piosenkę bez kompleksów. To piosenka na EURO, nie hymn

(choć ktoś to hymnem jednak nazwał). Tak: im bardziej ktoś się oburza, tym więcej kompleksów posiada. Kompleksów względem swojej ojczyzny, swoich korzeni, swojego kraju. Wiem, nie mieszkamy w kraju idealnym. Ale gdy ktoś zapomina o korzeniach, wypiera się ich w ten czy inny sposób, zapomina też o sobie i swoim pochodzeniu. Jak to mówią: człowiek ze wsi wyjdzie, wieś z człowieka – nigdy. Ale skoro Jarzębina jest taka wiejska i w ogóle wiejskość to wiocha, to jak można szukać szlacheckich przodków czy jakichkolwiek korzeni i do tego znalezionymi się chełpić? Wszak szlachta z miasta nie pochodzi.
Słowem,
nie: jaki kraj, taka waka waka;
nie: jaka reprezentacja, taki hymn;
ale: jacy artyści i ich twórczość, taki wybór Polaków;
ale: im więcej kompleksów i szybszy awans społeczny, tym głośniejsze oburzenie.

I chyba tylko wrocławscy studenci zrozumieli, że to piosenka do zabawy, a nie rozkładania tekstu czy melodii na czynniki pierwsze:

Koko koko, pitu-pitu, a co dalej?

Rozpisałam się, a nie o wszystkim. Lubię lać wodę, przepraszam :) Ale nie zanudzam już, tylko podsumowuję: weselisko w końcu się odbyło, ochłonęłam, tekst o sezonie 2011/2012 mojego zespołu napisałam, swoje przechorowałam, teraz mogę wrócić do mojego zblogowanego światka. Do wtorku i kolejnego wpisu z cyklu… w sumie: koko koko nasz kraj jest spoko ;)