Cudze chwalicie, swoje… wyśmiewacie

Raz na jakiś czas gdzieś wdaję się w dyskusję o poprawnej polszczyźnie – cóż, takie zboczenie po studiach, konkretnie: po specjalizacji w edytorstwie tekstów. W niektórych jednak przypadkach, mam wrażenie, fascynacja językiem obcym ociera się już nie zwykłą sympatię do danego kraju czy regionu, nawet nie o kosmopolityzm, a wręcz antynacjonalizm uznający wszelkie nacjonalizmy poza polskim.

W gronie moich znajomych są osoby o różnych poglądach, pasjach i zainteresowaniach. W gronie osób, na które natykam się w internecie, chociażby przeglądając blogi, jest podobnie. I nie ma w tym nic dziwnego – to normalne i naturalne. Ja na przykład lubię język rosyjski, choć teraz już znam go wyłącznie biernie. W planach natomiast mam naukę hiszpańskiego i/lub włoskiego – podobają mi się widoki, jakie oglądam na pocztówkach i fotografiach z Hiszpanii i Włoch, chciałbym kiedyś móc pozwolić sobie na wycieczkę „ludzio-” i krajoznawczą, a więc języki mogą się przydać.

Wszystkie te pasje są potrzebne, nawet bardzo, jednak niektóre uważam za przesadne. W dzisiejszym „odcinku” chodzić będzie głównie o te językowe. Rozumiem upodobanie do innych krajów, ich kultury czy języka, ale kompletnie nie potrafię zrozumieć ignorancji względem własnego kraju, jego kultury i języka. Pewnie, że nie żyjemy w państwie idealnym, że język mamy nie najłatwiejszy, ale czy to oznacza, że mamy swój kraj i język uznawać za twory drugiej kategorii? Tu już nie chodzi o patriotyzm czy takie tam górnolotne uczucia i emocje. Ale jak inaczej niż ignorancją nazwać niedbałość w pisaniu we własnym języku, rażące błędy ortograficzne czy interpunkcyjne („oj tam, oj tam, mam dysortografię” i w ogóle „po co komu przecinki?”), a jednocześnie oburzanie się o to, że ktoś zrobił błąd w transkrypcji obcych nazwisk czy nazw własnych (a propos dysortografii wspomnianej powyżej – hmm… zawsze myślałam, że dysfunkcje językowe tyczą się nauki każdego języka, a nie tylko ojczystego) z języka, który się „kocha”? Fakt, takie rzeczy w mediach (i gdziekolwiek) miejsca mieć nie powinny, oburzenie jest słuszne, ale… czy nie za bardzo? Jeśli nie przeszkadzają nam nazwiska polskich sportowców bez kropeczek i kreseczek na koszulkach podczas imprez międzynarodowych, dlaczego przeszkadza nam „w” zamiast „v” czy „sz” zamiast „sh”? Od 450 lat powtarzamy za Rejem, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają, ale serbski niech w Polsce będzie serbskim (i dziwmy się potem, że komentatorzy nie umieją poprawnie przeczytać nazwy!), a rosyjski i bułgarski są spolszczane za bardzo! Że jak?!

Dobrze, serbski ma swoją łacinkę i wolę ją zamiast pełnej transkrypcji (czyli systemu zapisu GŁOSEK*, pozwalającego odtworzyć brzmienie wyrazu osobie nie znającej danego języka), ale bułgarski, rosyjski, ukraiński, które pisane są tylko cyrylicą? Tu transkrypcje są jak najbardziej na miejscu, a tymczasem gdzieś co jakiś czas czytam, że są krzywdzeniem języków. Przecież tacy na przykład Rosjanie czy Bułgarzy również dostosowują polskie nazwy własne do swoich alfabetów i nikt z tego powodu nie robi afery. Takie są wymogi systemu językowego. W Polsce tymczasem dochodzi się do wniosku, że powinniśmy spolszczać (rozumiem, że transkrybować?) wszystkie języki bez wyjątku – wtedy Brus Łilis, Dżastin Biber, Stiwen Spilberg, Til Szwajga, Dżanis Dżoplin, EjSi/DiSi, Monika Beluczi czy Sasza Baron Koen będą brzmieć bardziej po polsku, tak ładnie i swojsko. Tyle że i angielski, i polski zapisywane są łacinką, choć polski (jak niemiecki, hiszpański, czeski…) mają dodatkowo litery diakrytyzowane, za granicą zwyczajnie pozbawiane kropeczek i kreseczek. Cyrylica  to inna bajka. Ale skoro proponujemy spolszczać Łilisów i Koenów, to może też w drugą stronę? Gruszka w USA niech będzie Grushką, Chyra – Khyrą, Kaczyński – Katchynskim, Gorczyca – Gortchycą, Staszczyk – Stashtchykiem, a Szczęsny – Shtchesnim (albo jakoś w ten deseń). Czyż nie pięknie? Skoro Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini czy Bułgarzy zapisują Polaków cyrylicą, dostosowując nazwiska (czy nazwy) do swojego alfabetu, dlaczego my i inni, choćby np. Brytyjczycy, mamy tego nie robić? Tym właśnie jest transkrypcja – w Rosji: Тетюхин, w USA: Tetyukhin, w Polsce: Tietiuchin. Dlaczego wyróżniać Serbów, Bułgarów czy innych Gruzinów i ich nie transkrybować? Bo kilku zapaleńców języka woli wersję paszportową nazw własnych? Bo lepszy Bulat Okudzhava albo Boulat Okudjava od Bułata Okudżawy? W czym? Chyba tylko w tym, że tego przetranskrybowanego łatwiej przeczytać i zapisać.

Fakt, alfabety cyrylickie są trudniejsze do przełożenia na polski niż pisane specyficzną łacinką, której wystarczy ewentualnie transliteracja (czyli zapis ZNAKÓW jednego pisma fonetycznego, zwykle alfabetu, znakami innego pisma fonetycznego; w wielkim uproszczeniu można tu mówić o literach*). Ale w przypadku cyrylicy zawsze na myśl przychodzi mi nazwisko siatkarza, który kiedyś grał w Polsce. Nie znam ukraińskiego, ale znając rosyjski, śmiem twierdzić, że jego nazwisko należałoby czytać tak, jak zaleca się pisać je zgodnie z transkrypcją: Wiktor Położewicz. Tymczasem napis na koszulce sprawiał wieeele problemów komentatorom. I ja się nie dziwię, bo jak właściwie Polak ma przeczytać nazwisko: Polozhevets? Idąc tropem tych, którzy twierdzą, że transkrypcja krzywdzi języki obce, życzę… połamania języka i wyrozumiałości obcokrajowców ze wschodu przy próbie właściwego przeczytania ich nazwisk bądź innych nazw własnych transliterowanych na angielski, bo to chyba o to chodzi. Jakbyśmy swojej transliteracji nie mieli.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ widzę, jak piszą Polacy, zwłaszcza ci młodzi, zwłaszcza ci, którym rodzice sponsorują kolejne kursy języków i wycieczki zagraniczne, niespecjalnie zwracając uwagę na poprawną polszczyznę swoich pociech. Albo biegający po specjalistach przed egzaminem gimnazjalnym czy maturą – by dziecku zdało się lepiej, w końcu w dzisiejszych czasach to nie wstyd być dys-. Mi jednak byłoby wstyd. Nie znając swego języka, kraju, kultury, chlubić się znajomością innych? Do tego chwalić się, że posiada się dysfunkcję? To w tym konkretnie rozpatrywanym przypadku kim ja właściwie byłabym? Zdrową, a jednak chorą? Polką? Rosjanką? Brytyjką? Bułgarką? Hiszpanką? Serbką? Francuzką? Obywatelką świata? Nie. W tym konkretnym przypadku raczej nikim. Nikim konkretnym. Bo nie miałabym fundamentu, na którym mogłabym się w tym świecie utrzymać, a którym jest moja tożsamość narodowa, kulturowa, językowa. Bo to miejsce, w którym się wychowujemy, ludzie, którzy nas w nim otaczają, kultura, którą jako pierwszą poznajemy, i język, w którym zaczynamy poznawać świat, najpierw ten mały – małą ojczyznę, a potem tę większą, buduje to, kim jesteśmy, i to, kim stajemy się, poznając inne, nowe ojczyzny, światy i języki. Najpierw poznajmy swoje, potem chwalmy cudze. I nie bądźmy tak cholernie zawzięci, jakie to zagraniczne jest cudowne. Bo nie jest. Gdzieś tam w świecie ludzie i ich kraje też mają swoje problemy, może takie jak my, może gorsze. Ale w końcu wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma…

Polska język, trudna język, zgadzam się. To jest tylko mały fragment moich obserwacji językowych, chyba najbardziej błahy ze wszystkich. Ale jeśli komuś wytykamy pomyłki w języku obcym, który nas fascynuje, sami nie róbmy błędów we własnym, bo wtedy wygląda na to, że przygania kocioł garnkowi.

* Osobom z brakującą wiedzą elementarną tłumaczę, że:
– litery widzimy i zapisujemy,
– głoski słyszymy i wymawiamy.
Na przykład w wyrazie „chrząszcz” mamy 9 liter (c-h-r-z-ą-s-z-c-z) i 5 głosek (ch-rz-ą-sz-cz).

* * *

Aktualizacja, data nieważna: objęła kilka słów w tekście, ale najważniejsza jej część jest tu. Chciałabym zaznaczyć, że tekst jest mocno subiektywny i nie dotyczy osób, które wychowywały się z takich czy innych przyczyn w środowisku wielonarodowym i wielokulturowym, bo to zupełnie inna bajka mentalna.

  • „Polska język trudna język, bo pies ścieka i woda ścieka” ;)

    a wiesz, kto to jest Lenko Lensa? :D To Lech Wałęsa, po tym, jak jego nazwisko wymówił jeden Amerykanin, a usłyszał drugi ;)

    Zgadzam się z tym, co piszesz, odnośnie czystości i poprawności językowej. Uważam, że sposób w jaki posługujemy się językiem, to nasza wizytówka. Naszego wykształcenia, pochodzenia, wiedzy. Drażni mnie strasznie, kiedy słyszę zapożyczenia z obcych języków, ba, żeby zapożyczenia, obce słowa wymówione i odmienione po polsku. Mam ochotę „z liścia trzepać” nastolatki, kiedy słyszę „ej, bo ona ją hejtuje”, albo „luknij tutaj”. Litości. To są przyszli maturzyści?!

    Rozumiem, choć nie usprawiedliwiam, jeśli dopuszczają się tego Polacy na emigracji. Sama bardzo się staram nie umawiać z rodaczkami w „mallu”, choć dużo łatwiej powiedzieć „mall” niż „centrum handlowe” i dzielnie walczę z moją naleciałością – z jakiegoś powodu, wryło mi się w mózg pojęcie „spendziłam”, zamiast „wydałam” – koszmar jakiś.

    Ale nastolatki w Polsce?

    Ach, i korporacje. Meeting-i. Team-y. Deadline-y. Dajcie mi AK-47.

    Natomiast nie zgadzam się z Twoim przedostatnim akapitem. Istnieją obywatele świata. Istnieją ludzie wielokulturowi. I bynajmniej nie są nikim.

    Przykładem jest mój mąż – urodzony w Algierii, z obywatelstem egipskim, od niemowlęcia do 6 roku życia mieszkający w USA, a następnie, co 4 lata na innym kontynencie. Dziecko dyplomaty. Nie czuje przynależności do konkretnego kraju, czy społeczeństwa. Bynajmniej, nie czuje się wykorzeniony. Czuje się wszędzie dobrze. Nie ma poczucia obcości. Nie istnieją dla niego bariery kulturowe. Ma dar zawierania bliskich kontaktów z każdą napotkaną osobą – od robotnika, z którym nie ma wspólnego języka – do ministra służby zdrowia pewnego afrykańskiego państwa.

    Wśrod moich znajomych jest sporo osób, które pochodzą z mieszanych (religijnie i kulturowo) małżeństw. Niesamowici, wartościowi ludzie, którzy nie osądzają, nie szufladkują.

    Mieszkam na emigracji i sama mierzę się z obcością. Pisałam kilka razy na blogu, że czuję się obco. I tu i tam. Od jakiegoś czasu planuję napisać, że przestałam czuć się obco. Przynajmniej poza Polską. Czuję się bardzo dobrze w miejscach kosmopolitycznych, wśród różnych narodowości, gdzie wspólnie się bawimy, pracujemy, żyjemy. Rozumiemy, że tak naprawdę bardzo niewiele nas różni. Obco czuję się w Polsce, gdzie nie ma tego zróżnicowania.

    Ja.

    Jestem jednak pewna, że znajdzie się również wielu emigrantów, którzy nie przestaną czuć się wyobcowani. Bo wiesz, każdy człowiek jest inny.

    I tylko nie lubię, kiedy ktoś o kimś innym mówi „nikt”, choć sam nie ma wystarczająco życiowych doświadczeń, by wiedzieć o czym mówi.

    • ana

      Może zbyt dosadnie wyraziłam się w tym akapicie, ale pisałam też raczej o sobie – jak ja bym się czuła, nie znając dobrze środowiska, w którym wyrosłam, wręcz wstydząc się go, a wychwalając to znane mi raczej z opowieści, folderów, 2 tygodni podczas wakacji… Albo walcząc o złudną poprawność czy czystość języka (i taką akurat miałam tu na myśli, bo oparłam się właściwie na 3 przykładach, gdy młodzi ludzie – gimnazjaliści, maturzyści, chyba nawet studenci – twierdzili, że coś jest niepoprawnie napisane, podczas gdy wiele zgłaszanych „błędów” były poprawnie wykonaną transkrypcją. Ale, powiedzmy, że cytuję, „nie wyglądały dobrze”). Nie zwracając uwagi na odmienność systemu językowego. „Bo polski jest zły”. Chodziło mi głównie o ten – po raz kolejny zaznaczę, że to moje wrażenie – wstyd, że pochodzi się z Polski, że te rozmiłowane w obcości osoby czują właśnie wstyd, mówiąc o Polsce, swojej ojczyźnie, w której spędzili 99% dotychczasowego życia. Gdybym ja wychowała się w jednej kulturze i wstydziła się ojczyzny, a umiłowałabym inną, to ja czułabym się nikim, bo tak naprawdę nie wiedziałabym, za kogo się uważać. Więc w odniesieniu do całego tekstu można mieć wrażenie, że piszę o kimś innym czy innych, ale tak naprawdę miałam na myśli siebie. A przynajmniej głównie siebie.

      Natomiast co do osób multikulturowych, wychowywanych w różnych środowiskach czy wielokulturowych rodzinach – tych nie miałam tu na myśli, zupełnie! To jest inny przypadek, bo ci ludzie tak naprawdę nie mają jednej – nazwałabym ją pierwotnej czy pierworodnej – ojczyzny, języka czy kultury. Tacy ludzie mnie fascynują, bo im dużo trudniej odnaleźć taki fundament, jakim dla mnie jest – ogólnie ujmując – polskość, a bez której chyba ciężko byłoby mi się odnaleźć w świecie. Ale jest tak jak piszesz – każdy jest inny. I z drugiej strony, ja chyba też zazdroszczę takim ludziom jak Twój mąż, bo im pewnie dużo łatwiej odnaleźć się w dzisiejszym zabieganym świecie, w którym granice się zacierają, ale czasem trudno je pokonać.

      A co do Ciebie i twojej emigracji – ja za granicą nie byłam, nie miałam okazji, czasu, pieniędzy. Tzn. zdarzyło mi się przekroczyć granicę podczas wycieczki i tyle. Ale wcale nie trzeba daleko wyjeżdżać, by zmienić środowisko i po powrocie czuć się obco. Ja mam tak teraz, po powrocie do domu ze studiów. Bywałam tu przecież raz na jakiś czas, wracałam w wakacje, ale teraz gdy jestem tu stale, czuję się obco – przez 5 lat wiele się zmieniło, wielu ludzi już nie znam, niektórzy też się zmienili i potrafię ich nie poznać (o dziwo!), a przecież tu każdy każdego zna. Ale jest też inny tok myślenia i wiele schematów, które ja nauczyłam się odrzucać bądź zupełnie inaczej przyjmować (i to nie dzięki studiom).

      Jeśli natomiast chodzi o te zapożyczenia z języka obcego – nie powiem, że jestem stara i doświadczona, że ho, ho!, bo nie jestem, ale ze względu na sporą grupę znajomych sporo młodszych ode mnie, drażniły mnie niektóre ich powiedzenia tego typu (zwłaszcza to „hejtowanie”) i w pewnym momencie zaczęłam sama używać ich, mówiąc z ironią, przedrzeźniając tę młodzież. I, niestety, takie głupoty się wbijają, potem trzeba je wypleniać, pytając samą siebie: jak to możliwe, że w ogóle się w to bawiłam?! Sama piszę o sporcie i staram się nie używać wszelakich anglicyzmów, choć niektóre są konieczne lub czasem pomocne, bo inaczej niż set seta się nie nazwie, a piłka meczowa ma chyba tylko angielsko brzmiący synonim. Natomiast nie mogę zrozumieć, gdy od razu w pierwszym zdaniu pojawia się volley czy team. No i u siebie na blogu zapominam dodać odpowiednią adnotację do jednego z wpisów, w których pojawiło się trochę angielskich słówek bądź wyrażeń, a co było pewną stylizacją – muszę się poprawić ;)

  • Tak sobie czytam ten artykuł raz, drugi, i czwarty nawet, i próbuję zrozumieć, jaki stosunek do języka z niego się wyłania. Z jednej strony puryzm niemal fanatyczny – anglicyzmy won! i wszelkie inne zapożyczenia też! Ale ta postawa nijak ma się do stawiania transkrypcji cyrylicy wyżej od transliteracji. I ten argument, że „skoro oni nas mogą, to my ich też”. Śmieszna sprawa – mój tata pokazywał mi ostatnio stary winylowy album sprzed jakichś trzydziestu lat, kupiony jeszcze w ZSRR. Album Łitnej Hjuston (w cyrylicy), bo okazuje się, że mieszkańcy Związku Radzieckiego nie byli najwidoczniej w stanie zaadaptować oryginalnej – poprawnej! – pisowni. Przypomina mi się również moja bardzo dobra koleżanka ze studiów, Yuliya z Białorusi, której nazwisko kończy się ***evich. I niby mogłaby mieć w polskich dokumentach „Julia ***ewicz” (analogicznie do przykładu Bułata Okudżawy), ale z jakiej racji, skoro wcale tak się nie nazywa? Ta głoska wygłosowa w nazwisku wcale jak nasze brzmieć nie powinna, choć w ustach Polaków tak właśnie brzmi – po prostu inaczej nie umiemy. Moja Yuliya ***evich podpisuje się więc w ten sposób zarówno w Polsce, gdzie mieszka, zarówno w Niemczech, gdzie mieszka jej chłopak, we Francji, gdzie kiedyś wyjechałyśmy razem, czy gdziekolwiek indziej na świecie, gdzie cyrylica nie jest pismem ogólnie stosowanym.

    Ja jestem jak najbardziej za poprawnością w języku polskim. W każdym innym języku! Ale ewolucja polszczyzny jest nieunikniona i dzieje się nie tylko tu, teraz, na naszych oczach. Ona dzieje się od zawsze. „Listonosz” – kalka, „mysz” komputerowa – tak samo, „fan” – zapożyczenie leksykalne, „AIDS” – internacjonalizm… Jest tego całe mnóstwo, a jednak nie zwracamy na nie uwagi, bo przywykliśmy. A od „managera” i „seta” różni je jedynie to, że te drugie przykłady są dość nowe, a pierwsze zakorzeniły się w polszczyźnie na dobre. Wiadomo, że „hejting” i „loffciam” do słowników języka polskiego nie przenikną, to akurat wydaje mi się oczywiste. Boli mnie natomiast, że młodzież nie ma na tyle wysokiej świadomości językowej, by to zauważyć. Ba, ich świadomość jest praktycznie szczątkowa, sama przecież piszesz o dysgrafiach, dysleksjach, i innych takich, które jeszcze dwadzieścia lat temu racji bytu nie miały. Pokolenie moich rodziców (45+) jakimś cudem zasady ortografii zna, a nie wydaje mi się, byśmy byli od nich bardziej ograniczeni intelektualnie, aby karmienie nas pomarańczami z importu, GMO czy kurczakami napakowanymi hormonami powodowało właśnie ubytki umysłowe czy problemy z przyswajaniem wyjątków w pisowni „ó”.

    (Zmierzałam zapewne moim komentarzem do jakiejś konkluzji, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć, jaka ona miała być.)

    • ana

      Widzę, że poruszyłaś wiele kwestii, ale faktycznie – sama nie wiem, która powinna być właściwą konkluzją bądź dążyć do niej ;) Niemniej zgadzam się, że w każdym języku nieunikniona jest ewolucja i napływ wyrazów z języków obcych. Szczerze mówiąc, rodzimych polskich jest pewnie coraz mniej, bo mnóstwo mamy zapożyczeń z czeskiego, angielskiego, łaciny, rosyjskiego i innych. Zatem zapożyczenia tak, ale tylko te koniecznie. Ale nie jakieś młodzieżowe mody, przez które nastolatki lepiej znają zapis loffciań, hejtów, krejzolek i plxów niż wspomnianych przez Ciebie wyjątków… A że tekst miał być bardziej o zjawisku modnym wśród osób uczących się cyrylickich języków słowiańskich, na których niektóre (bo nie wszystkie) dla mnie niezrozumiałe argumenty dość często natrafiam (chyba ze względu na to, że sama nieco znam rosyjski), to warto tu zauważyć, że niektórych zasad można się nauczyć dzięki własnie takim językom, np. u nas „rzeka”, bo po rosyjsku „rieka”.
      Argument, że “skoro oni nas mogą, to my ich też” i propozycja zapisu anglojęzycznych nazwisk były raczej takim prześmiewczym pytaniem retorycznym. Chodziło mi raczej o zwrócenie uwagi na różnicę, że cyrylica to jest zupełnie inny sposób zapisu, więc w naszym systemie musi być jakaś metoda przełozenia ich na nasze, a nie pisania wg czyjegoś widzimisię. To tak jak z przytoczoną przez Ciebie Whitney, która w cyrylicy będzie: Уитни Хьюстон – Rosjanie nie posługują się łacinką, muszą więc dostosować nazwiska obcokrajowców do swojego systemu językowego tak, by każdy mógł mniej więcej poprawnie przeczytać nazwisko i wiedzieć, o kim mowa, bo nie każdy zna języki obce, by znać łaciński zapis. Poza tym, to jest dbanie o konsekwencję – jakby bowiem wyglądało zdanie w cyrylicy z nazwiskiem łacinką? „Певица и актриса Whitney Houston скончалась на 49 году жизни…” Rosjanie nie znający żadnych języków obcych (a jest ich zapewne spora grupa) i nie znający Houston (na pewno znaleźliby się tacy gdzieś na Syberii;), nie potrafiliby przeczytać nazwiska. Tak samo jak polscy komentatorzy nie potrafili rozszyfrować wspomnianego przeze mnie siatkarza.
      Natomiast co do białoruskiego – nie wiem, jakie mają tam końcówki nazwiska, ale ja zawsze staram się sprawdzić w oryginale (na żywo z Białorusinami do czynienia nie miałam) i wtedy transkrybować. Ale imię chyba czyta się [Julija] – więc i polski zapis chyba dałby radę? :) Nie ma idealnego systemu zapisu obcych nazwisk, ale jakoś radzić sobie trzeba, by ten zapis był jak najbliżej oryginalnej wymowy. Dla samych obcokrajowców zapis pewnie nie robi większej różnicy, bo oni za granicą trzymają się paszportowego, który mniej więcej odczyta każdy posługujący się językiem angielskim, a sami przecież wiedzą, jak się nazywają. Ja na studiach też miałam osoby ze wschodu i zawsze wykładowcy pytali, jak czytać ich nazwisko spisane z paszportu, bo zwyczajnie mieli z nim problem, a nie chcieli strzelić byka. Poza tym dokumenty to inna bajka, one muszą być jednakowo jasne dla Polaka, Rosjanina i Amerykanina, tu nie ma miejsca na alternatywę polską czy czeską, wzór międzynarodowy musi być jeden.

      • W kwestii cyrylicy i języków wschodnio- czy południowosłowiańskich już się nie wypowiadam, bo moje doświadczenia z cyrylicą zaczęły się i skończyły na nauce staro-cerkiewno-słowiańskiego, i to nie z wyboru. Zatem przyjmuję argumenty o potrzebie jednolitości i wynikających głównie stąd transkrypcjach fonetycznych u naszych wschodnich sąsiadów. Masz zdecydowanie większy zakres wiedzy, bezdyskusyjnie zatem przyznaję rację.
        A co do zasad ortografii i rosyjskich ułatwieniach typu rzeka-rieka czy król-korol – według mnie łatwiej bawić się czeskim, bo to wciąż łacinka, a alternacje równie czytelne.

        • ana

          Może nie mam największej wiedzy, ale skoro uczyłam się rosyjskiego (początkowo też nie z wyboru:), a potem robiłam specjalizację edytorską, to chcąc nie chcąc trochę w ten temat weszłam. Za to ja nie wypowiem się na temat czeskiego, bo go nie znam, a z zabawami tym językiem różnie może wyjść ;) Ale skoro sporo jest zapożyczeń z tego języka, to i logiczne jest pewien zasób alternacji.

      • O losie, rosyjski na edytorstwie? U mnie była po prostu łacina i jakiś tam wybrany język obcy, ale nie wynikało to ze specjalizacji, a z podstawy programowej na polonistyce. No i ten scs, ale to epizod na szczęście był.

        • ana

          Nie, nie, rosyjski miałam w podstawówce jako obowiązkowy język obcy – wschodnia Polska zobowiązuje ;) Specjalność miałam nadobowiązkową, jedynie kilka godzin w tygodniu, więc tam języków obcych nie było. Na podstawowym kierunku miałam angielski i wybrany język obcy, czyli podobnie.

      • ach, no i wszystko jasne :)