Cudze chwalicie, swoje… wyśmiewacie

Raz na jakiś czas gdzieś wdaję się w dyskusję o poprawnej polszczyźnie – cóż, takie zboczenie po studiach, konkretnie: po specjalizacji w edytorstwie tekstów. W niektórych jednak przypadkach, mam wrażenie, fascynacja językiem obcym ociera się już nie zwykłą sympatię do danego kraju czy regionu, nawet nie o kosmopolityzm, a wręcz antynacjonalizm uznający wszelkie nacjonalizmy poza polskim.

W gronie moich znajomych są osoby o różnych poglądach, pasjach i zainteresowaniach. W gronie osób, na które natykam się w internecie, chociażby przeglądając blogi, jest podobnie. I nie ma w tym nic dziwnego – to normalne i naturalne. Ja na przykład lubię język rosyjski, choć teraz już znam go wyłącznie biernie. W planach natomiast mam naukę hiszpańskiego i/lub włoskiego – podobają mi się widoki, jakie oglądam na pocztówkach i fotografiach z Hiszpanii i Włoch, chciałbym kiedyś móc pozwolić sobie na wycieczkę „ludzio-” i krajoznawczą, a więc języki mogą się przydać.

Wszystkie te pasje są potrzebne, nawet bardzo, jednak niektóre uważam za przesadne. W dzisiejszym „odcinku” chodzić będzie głównie o te językowe. Rozumiem upodobanie do innych krajów, ich kultury czy języka, ale kompletnie nie potrafię zrozumieć ignorancji względem własnego kraju, jego kultury i języka. Pewnie, że nie żyjemy w państwie idealnym, że język mamy nie najłatwiejszy, ale czy to oznacza, że mamy swój kraj i język uznawać za twory drugiej kategorii? Tu już nie chodzi o patriotyzm czy takie tam górnolotne uczucia i emocje. Ale jak inaczej niż ignorancją nazwać niedbałość w pisaniu we własnym języku, rażące błędy ortograficzne czy interpunkcyjne („oj tam, oj tam, mam dysortografię” i w ogóle „po co komu przecinki?”), a jednocześnie oburzanie się o to, że ktoś zrobił błąd w transkrypcji obcych nazwisk czy nazw własnych (a propos dysortografii wspomnianej powyżej – hmm… zawsze myślałam, że dysfunkcje językowe tyczą się nauki każdego języka, a nie tylko ojczystego) z języka, który się „kocha”? Fakt, takie rzeczy w mediach (i gdziekolwiek) miejsca mieć nie powinny, oburzenie jest słuszne, ale… czy nie za bardzo? Jeśli nie przeszkadzają nam nazwiska polskich sportowców bez kropeczek i kreseczek na koszulkach podczas imprez międzynarodowych, dlaczego przeszkadza nam „w” zamiast „v” czy „sz” zamiast „sh”? Od 450 lat powtarzamy za Rejem, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają, ale serbski niech w Polsce będzie serbskim (i dziwmy się potem, że komentatorzy nie umieją poprawnie przeczytać nazwy!), a rosyjski i bułgarski są spolszczane za bardzo! Że jak?!

Dobrze, serbski ma swoją łacinkę i wolę ją zamiast pełnej transkrypcji (czyli systemu zapisu GŁOSEK*, pozwalającego odtworzyć brzmienie wyrazu osobie nie znającej danego języka), ale bułgarski, rosyjski, ukraiński, które pisane są tylko cyrylicą? Tu transkrypcje są jak najbardziej na miejscu, a tymczasem gdzieś co jakiś czas czytam, że są krzywdzeniem języków. Przecież tacy na przykład Rosjanie czy Bułgarzy również dostosowują polskie nazwy własne do swoich alfabetów i nikt z tego powodu nie robi afery. Takie są wymogi systemu językowego. W Polsce tymczasem dochodzi się do wniosku, że powinniśmy spolszczać (rozumiem, że transkrybować?) wszystkie języki bez wyjątku – wtedy Brus Łilis, Dżastin Biber, Stiwen Spilberg, Til Szwajga, Dżanis Dżoplin, EjSi/DiSi, Monika Beluczi czy Sasza Baron Koen będą brzmieć bardziej po polsku, tak ładnie i swojsko. Tyle że i angielski, i polski zapisywane są łacinką, choć polski (jak niemiecki, hiszpański, czeski…) mają dodatkowo litery diakrytyzowane, za granicą zwyczajnie pozbawiane kropeczek i kreseczek. Cyrylica  to inna bajka. Ale skoro proponujemy spolszczać Łilisów i Koenów, to może też w drugą stronę? Gruszka w USA niech będzie Grushką, Chyra – Khyrą, Kaczyński – Katchynskim, Gorczyca – Gortchycą, Staszczyk – Stashtchykiem, a Szczęsny – Shtchesnim (albo jakoś w ten deseń). Czyż nie pięknie? Skoro Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini czy Bułgarzy zapisują Polaków cyrylicą, dostosowując nazwiska (czy nazwy) do swojego alfabetu, dlaczego my i inni, choćby np. Brytyjczycy, mamy tego nie robić? Tym właśnie jest transkrypcja – w Rosji: Тетюхин, w USA: Tetyukhin, w Polsce: Tietiuchin. Dlaczego wyróżniać Serbów, Bułgarów czy innych Gruzinów i ich nie transkrybować? Bo kilku zapaleńców języka woli wersję paszportową nazw własnych? Bo lepszy Bulat Okudzhava albo Boulat Okudjava od Bułata Okudżawy? W czym? Chyba tylko w tym, że tego przetranskrybowanego łatwiej przeczytać i zapisać.

Fakt, alfabety cyrylickie są trudniejsze do przełożenia na polski niż pisane specyficzną łacinką, której wystarczy ewentualnie transliteracja (czyli zapis ZNAKÓW jednego pisma fonetycznego, zwykle alfabetu, znakami innego pisma fonetycznego; w wielkim uproszczeniu można tu mówić o literach*). Ale w przypadku cyrylicy zawsze na myśl przychodzi mi nazwisko siatkarza, który kiedyś grał w Polsce. Nie znam ukraińskiego, ale znając rosyjski, śmiem twierdzić, że jego nazwisko należałoby czytać tak, jak zaleca się pisać je zgodnie z transkrypcją: Wiktor Położewicz. Tymczasem napis na koszulce sprawiał wieeele problemów komentatorom. I ja się nie dziwię, bo jak właściwie Polak ma przeczytać nazwisko: Polozhevets? Idąc tropem tych, którzy twierdzą, że transkrypcja krzywdzi języki obce, życzę… połamania języka i wyrozumiałości obcokrajowców ze wschodu przy próbie właściwego przeczytania ich nazwisk bądź innych nazw własnych transliterowanych na angielski, bo to chyba o to chodzi. Jakbyśmy swojej transliteracji nie mieli.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ widzę, jak piszą Polacy, zwłaszcza ci młodzi, zwłaszcza ci, którym rodzice sponsorują kolejne kursy języków i wycieczki zagraniczne, niespecjalnie zwracając uwagę na poprawną polszczyznę swoich pociech. Albo biegający po specjalistach przed egzaminem gimnazjalnym czy maturą – by dziecku zdało się lepiej, w końcu w dzisiejszych czasach to nie wstyd być dys-. Mi jednak byłoby wstyd. Nie znając swego języka, kraju, kultury, chlubić się znajomością innych? Do tego chwalić się, że posiada się dysfunkcję? To w tym konkretnie rozpatrywanym przypadku kim ja właściwie byłabym? Zdrową, a jednak chorą? Polką? Rosjanką? Brytyjką? Bułgarką? Hiszpanką? Serbką? Francuzką? Obywatelką świata? Nie. W tym konkretnym przypadku raczej nikim. Nikim konkretnym. Bo nie miałabym fundamentu, na którym mogłabym się w tym świecie utrzymać, a którym jest moja tożsamość narodowa, kulturowa, językowa. Bo to miejsce, w którym się wychowujemy, ludzie, którzy nas w nim otaczają, kultura, którą jako pierwszą poznajemy, i język, w którym zaczynamy poznawać świat, najpierw ten mały – małą ojczyznę, a potem tę większą, buduje to, kim jesteśmy, i to, kim stajemy się, poznając inne, nowe ojczyzny, światy i języki. Najpierw poznajmy swoje, potem chwalmy cudze. I nie bądźmy tak cholernie zawzięci, jakie to zagraniczne jest cudowne. Bo nie jest. Gdzieś tam w świecie ludzie i ich kraje też mają swoje problemy, może takie jak my, może gorsze. Ale w końcu wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma…

Polska język, trudna język, zgadzam się. To jest tylko mały fragment moich obserwacji językowych, chyba najbardziej błahy ze wszystkich. Ale jeśli komuś wytykamy pomyłki w języku obcym, który nas fascynuje, sami nie róbmy błędów we własnym, bo wtedy wygląda na to, że przygania kocioł garnkowi.

* Osobom z brakującą wiedzą elementarną tłumaczę, że:
– litery widzimy i zapisujemy,
– głoski słyszymy i wymawiamy.
Na przykład w wyrazie „chrząszcz” mamy 9 liter (c-h-r-z-ą-s-z-c-z) i 5 głosek (ch-rz-ą-sz-cz).

* * *

Aktualizacja, data nieważna: objęła kilka słów w tekście, ale najważniejsza jej część jest tu. Chciałabym zaznaczyć, że tekst jest mocno subiektywny i nie dotyczy osób, które wychowywały się z takich czy innych przyczyn w środowisku wielonarodowym i wielokulturowym, bo to zupełnie inna bajka mentalna.