„Skrzydlate ręce”… made my week

W sobotni poranek poza kawą przyda się też coś na rozruszanie sennego marazmu piątkowej nocy marcowej. Moja propozycja? „Skrzydlate ręce” – moja piosenka tygodnia. Jak wszystkie enejowe chodzi za mną do znudzenia  – o to się zapewne rozgłośnie radiowe postarają, na szczęście, ostatnio rzadko słucham radia. Ale do rzeczy!

Utwór olsztyńskiego zespołu Enej to najnowszy jego singiel, który w poniedziałek doczekał się swojej oficjalnej premiery, a który realnie zapowiada kolejną płytę, mającą ukazać się jesienią 2012. Przyznam szczerze, że nie wiem, czego tak naprawdę oczekiwałam po tym pierwszym po zwycięstwie chłopaków w polsatowskim „Must Be The Music” kawałku. Czegoś, czego jeszcze w ich wykonaniu nie słyszałam? Nowych dźwięków, brzmień, inspiracji? Pewnego rodzaju rozstrzału stylistycznego, jak miedzy płytą „Ulice” a krążkiem „Folkorabel”? Na stronie zespołu czytamy:

Utwór jest syntezą doznań i doświadczeń muzyków, którzy od (…) zwycięstwa w programie zagrali ponad 120 koncertów, pojawili się przed publicznością w każdym regionie kraju, jak i za granicą, odwiedzili największe muzyczne festiwale w Polsce, jak Przystanek Woodstock, Top-Trendy,  Heineken Open AirFestival.

co mogłoby sugerować nowe pożywki dla kapeli. Ale widząc zmianę wizualną zespołu, ewentualna zmiana muzycznej stylistyki, która mogłaby podążyć w podobnym kierunku, zaczynała budzić moje obawy (niestety, sylwestrowe kreacje jakoś do mnie nie przemówiły). Czy aby poszłaby w dobrym kierunku? Na szczęście „Skrzydlate ręce” – zgodnie z tym, co metodą kopiuj-wklej z enej.pl znalazło się na stronie internetowej niemal każdej szanującej się (i nie tylko;) stacji radiowej, portalach muzycznych oraz innych Plotkach i Kozaczkach – pozostały wierne klimatowi muzycznemu, do którego Enej przyzwyczaił grono starych wiernych fanów i całe rzesze nowych [ja poniekąd zaliczam się do jednych… i drugich – to tak, gdyby ktoś pytał, choć to nie miejsce i czas na roztrząsanie moich zawiłych upodobań;], głównie „Folkorablem”. Bo nie da się nie mieć wrażenia, że utwór nie padł specjalnie daleko od „Myłej mojej” czy „Raheli”. Przede wszystkim jednak jest to żywa, energiczna, niezwykle rytmiczna piosenka, która nie pozostawia nikogo obojętnym – już ma równie wielu fanów, jak i „hejterów”. Nie będę się rozwodzić nad tym, jak to jak zwykle uderza soczysty wokal, sekcja dęta tradycyjnie kieruje w stronę Bałkanów (ave, Goran) i nie brakuje wszechobecnych akcentów rocka, ska i oczywiście ukraińskiego folku, a tekstowi daleko (na szczęście!) do „kultowych” w pustej szklance pomarańczy. Powiem za to coś innego. W gotowym w 60% albumie są utwory, które mają po sześć minut. Szkoda, że nie są to „Skrzydlate ręce”. Chyba jak żadna piosenka olsztyńskiej siódemki kończy się dla mnie zdecydowanie zbyt szybko!

Zresztą, oceńcie sami (o ile ktoś jeszcze tego nie słyszał) i… have a nice day (cytując inny lubiany przeze mnie zespół)! Tak jak ja miałam zdecydowanie lepszy tydzień dzięki tej piosence na dzień dobry :)

AKTUALIZACJA: 27 kwietnia 2012 r.

Dziś (27 kwietnia) zespół pochwalił się nowym teledyskiem, więc aktualizuję i podmieniam wideo. Bo muszę przyznać, że jestem nim nieco zawiedziona. Apetytu na zdecydowanie więcej narobiła mi wersja making of – szmery, bajery, kolorki i światełka jakoś do mnie nie trafiają. Może dlatego, że ostatni raz wrażenie zrobił na mnie teledysk zespołu Zakopower „Boso” – prosty, acz sugestywny.

Oglądajcie:

i making of: