O wyższości Kurka nad Kowalczyk, czyli co polskiego kibica zadowoli

Jeszcze przed godz. 20.00 miałam zamiar napisać o problemie zgoła innym niż tematyka dotychczas pojawiająca się na blogu, ale będzie on aktualny jeszcze przez cały jutrzejszy dzień i zapewne kilka kolejnych. Może nawet i lat. Dlatego pomyślałam, że skoro mam dwa pomysły, zrealizuję ten szybko tracący na aktualności – bo skoro wnijdziesz między wrony… ;)

Jeszcze kilkanaście chwil temu trwała Gala Mistrzów Sportu. Teraz jej uczestnicy, wśród których brylują ci wyróżnieni, bawią się gdzieś w przestworach hotelu Hilton. A zebrani przed monitorami komputerów kibice… zaczęli narzekania i spory. Tradycyjne, jakże polskie. Pomijając aspekt zgodności w kwestii wątpliwego (moim zdaniem żenująco niskiego) poziomu, nazwijmy to: widowiska oraz przewidywalności głosowania, cała reszta stanowi grunt do przyjrzenia się mentalności polskiego kibica. Moim zdaniem bardzo niewielu rodaków może poszczycić się szerszym spojrzeniem na całokształt polskiego sportu. Nie twierdzę, że ja tak potrafię – wszak podczas Turnieju Czterech Skoczni nie raz wspominałam o „austriackiej mafii”. Ale potrafiłam też przyznać, że Kamil Stoch jeszcze wyśmienitą formą nie dysponuje i 108-metrowy skok w  Innsbrucku to też wina błędu samego zawodnika, nie tylko niesprzyjających warunków czy niepoczekania na ich poprawę.

Gdy jednak około pół godziny po zakończeniu gali i ogłoszeniu, że najlepszym (może lepiej byłoby to określić: najpopularniejszym) sportowcem roku 2011 w 77. Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” i Telewizji Polskiej została – po raz trzeci z rzędu – Justyna Kowalczyk, zajrzałam na „fejsboga”, choć w tym kraju nie powinnam, nieco się zdziwiłam. I nie, nie dziwiły mnie komentarze pod informacją powieloną na kolejnych wąskotematycznych zalike’owanych przeze mnie stronach sportowych, wśród których z oczywistych względów dominują te siatkarskie i skokowe (o skokach narciarskich mowa). „Powinien wygrać Bartek, nie Justyna” – czytałam kolejne. Ale gdy takowe treści pojawiać się zaczęły pod stronami ogólnosportowymi czy w komentarzach czytelników fanpage’ów dziennikarzy sportowych, plus inne typu: „A co robi Stoch w dziesiątce?”, „Co wygrał Małysz w 2011?”, „Zamiast Radwańskiej powinni być Fijałek i Prudel!”, zapaliła mi się w głowie lampka. Rozumiem ślepą miłość do jednej dyscypliny, jednej drużyny czy – jak to naturalne w Polsce – zaślepienie jedną osobą i jej sukcesem, czasem sukcesami (podsłuchane: „Nie wiem, jak bez Małysza zmusić się do oglądania skoków…”), jednym sukcesem na ruski rok, trzema medalami drużyny w roku, reprezentowaniem przez Kurka całego zespołu itd., ale czy Polacy naprawdę nie potrafią być obiektywni?

Na sukces w grze drużynowej pracuje cały zespół – i dlatego wyróżnienie siatkarzy nagrodą dla najlepszej drużyny jest w pełni zasłużone. Ale już dyskutowanie o tym, że na pierwsze miejsce nie zasłużyła przedstawicielka sportu sezonowego (siatkówkę mamy okrągły rok, czasem i mi się przejada), która indywidualnie (choć i na nią pracuje zespół) po raz drugi z rzędu wygrała prestiżowy Tour de Ski (coś jak Liga Światowa?), po raz trzeci triumfowała w Pucharze Świata (może jak sezon ligowy, choć międzynarodowy?), a do tego zdobyła dwa srebrne medale mistrzostw świata jest już nieco śmieszne. Bo przedstawiciel sportu zespołowego jest po prostu popularniejszy tylko dlatego, że częściej gości w naszych telewizorach ze względu na dyscyplinę i porę, a raczej cały rok pozwalający na jej uprawianie? Nie odbieram siatkarzom ani Kurkowi tego, co zrobili w 2011 roku dla polskiego sportu, bo zrobili naprawdę wiele – nie tylko na arenie międzynarodowej, ale i ligowym podwórku. A przede wszystkim zapewnili sobie spokojnie przygotowania do najważniejszej imprezy czterolecia, na której mają szansę stanąć na podium. Ale czym się różni wygrana w Tour de Ski od wygranej w turnieju finałowym Ligi Światowej? Który medal jest nomen omen nieco cenniejszy: mistrzostw świata czy Europy? I który łatwiej wywalczyć: drużynowy, będąc jednym zespołem na 16, czy indywidualny, będąc jedną zawodniczką na, powiedzmy, 50?

Justyna Kowalczyk na podium IO 2010, autor: Iwona Erskine-Kellie [CC-BY-2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], źródło: Wikimedia Commons
Justyna Kowalczyk na podium IO 2010, autor: Iwona Erskine-Kellie, źródło: Wikimedia Commons

I Justyna, i Bartek – ale nie sam, a z kolegami – dali nam wiele radości w ubiegłym roku i tym się cieszmy, a nie licytujmy. A choć uważam, że ten plebiscyt jest konkursem popularności, to muszę stwierdzić (po analizie choćby statystyk klikalności działów portalu, do którego od czasu do czasu pisuję – w zależności od pory roku wahają się mniej więcej od stosunku 2:1 do 10:1 – oczywiście na korzyść siatkówki), że tym razem wygrał sport i wyniki. Obyśmy za rok spierali się, czy zasłużenie w dziesiątce znalazł się piłkarz, dwóch czy trzech. Albo czy zasłużenie któryś wygrał plebiscyt, bo… świetnie spisał się na EURO (marzenie ściętej głowy?). Jakby nie spojrzeć, to jest to też plebiscyt sezonowych sukcesów – za całokształt nagrodę przyznają nie kibice, a specjalne jury.

Pojawiły się jeszcze komentarze odnośnie do Adama Małysza i Kamila Stocha. Wiernie kibicowałam obu i od zawsze wkurzało mnie jedno: Adam, Adam, Adam i długo, długo nic. A przecież tak nie było! Stoch powoli i skutecznie pracował sobie w cieniu mistrza i teraz zaczyna zbierać, na razie tylko, pokłosie, ale miejmy nadzieję, że niedługo będą to obfite plony swojej pracy. Może ta dzisiejsza dziesiątka jest trochę na wyrost, ale na pewno nie całkowicie niezasłużenie. A za co? Za płynne przejście od ery Małysza do tej bez niego. Bezbolesne, powiedziałabym. Za to, że nie ma pustki, że jest ktoś, kto nadal bije się z czołówką. A wysoka lokata Adama, co on zrobił w 2011 roku? Może i niewiele, ale zawsze coś. Całokształt oraz piękne emocje na finiszu kariery, według mnie, pozwalają mu „lansować” się wśród dziesięciu najlepszych/najpopularniejszych* sportowców. To jeszcze nie jest miejsce przez wzgląd na stare czasy.

Zatem spójrzmy szerzej na sport, wyjdźmy ze skorupki zapatrzenia w jeden tylko punkt: piłkę nożną, siatkówkę, skoki narciarskie, pływanie, lekkoatletykę… Adama Małysza, Bartka Kurka, Roberta Lewandowskiego, Agnieszkę Radwańską, Justynę Kowalczyk… srebro siatkarskiego Pucharu Świata, wygraną Tour de Ski, mistrzostwo Niemiec 2010/2011  i piłkarza roku 2011… Kochajmy wszystkie punkty i aspekty wyników sportowych, bądźmy kibicami sportu, a nie jego skrawka.

PS: Kompletnie nie rozumiem cytowanego już podsłuchanego fragmentu rozmowy (podczas transmisji, w studiu telewizyjnym!) o tym, że bez Małysza nie ma sensu(!)/powodu/motywacji* do oglądania skoków czy kibicowania im. Oto  sezonowość i sukcesowość mentalności polskiego fana sportu. Podobno najlepszego na świecie…

* niepotrzebne skreślić

  • Sama idea wyłonienia jednego najlepszego z dziesiątek sportowców, z wielu dyscyplin, jest wielce karkołomna. A jak w jednym koszyku mamy atletów z konkurencji indywidualnych i sportowych to już możemy sobie strzelić w łeb, bo wyniki takiej zabawy NIGDY nie będą satysfakcjonujące dla wszystkich.
    Nawet jeśli jakimś cudem głosujący umówią się i skrzykną, że będą wybierać obiektywnie. W plebiscycie nie ma miejsca na obiektywizm. Za to można się z zapałem i ogromną przyjemnością pokłócić, wylać z siebie trochę żalu, jadu, żółci (i obiadu). W sumie też dobrze.