Tak mało trzeba nam…

Zainteresowanie siatkówką i znamienna data 3 grudnia nie pozwolą mi zacząć przygody z blogosferą od innej tematyki. Bo oto dokładnie 5 lat temu, 3 grudnia 2006 roku, polscy siatkarze stanęli na drugim stopniu podium mistrzostw świata w Japonii. Teraz są pewni zajęcia tej samej pozycji w Pucharze Świata, ale mają jeszcze szanse na triumf w całej imprezie. Z całym szacunkiem do historii, która uwielbia się powtarzać, niech tym los razem zrobi wyjątek i pchnie wypadki ku nowym torom. Ku wiktorii!

Polacy po drugim secie meczu z Brazylią - jest awans na IO! Fot. FIVB
Polacy po drugim secie meczu z Brazylią – jest awans na IO! Fot. FIVB

Bez względu na to, jak potoczą się dzieje ostatniej potyczki, biało-czerwoni już są zwycięzcami turnieju. Sobotni poranek dał im awans na igrzyska olimpijskie, choć przed japońskim maratonem nie było to aż tak pewne. Trener Andrea Anastasi zaznaczał na łamach „Przeglądu Sportowego”: Na pewno nie zaliczamy się do ścisłej światowej czołówki, w której są obecnie Brazylia, Rosja i Włochy. Mamy tego świadomość. Tymczasem z owej czołówki pewni wyjazdu do Londynu są tylko Rosjanie. O losach Brazylii  i Włoch zadecydują niedzielne spotkania – olimpijska droga jednej z tych drużyn zdecydowanie się wydłuży.

Martwmy się jednak o nas. To, że Polacy wywalczyli awans, mnie w pełni nie zadowala – zdobyli przepustkę do Londynu, ale kosztem przegrania wygranego meczu. Oby finisz okazał się szczęśliwszy. Przed polską reprezentacją stoi bowiem ogromna szansa na historyczny triumf w Pucharze Świata. Jak nie teraz, to kiedy? Swoją drogą, podobne pytanie zadawałam sobie przed meczem z Canarihnos – targani wewnętrznymi problemami, byli do ogrania. Jak nie teraz, to kiedy? I prawie nam się udało. Prawie – tak, prawie robi różnicę. Zatem, niestety, nie teraz…

Rosjanie to jednak nie Brazylijczycy. Nic – poza nimi samymi – nie stoi na przeszkodzie, by ich pokonać. Są groźni, owszem, i przez dwa tygodnie stracili zaledwie sześć setów. No i ich mentalność: dla nich liczą się tylko złote medale. W przeciwieństwie do ostatnich mistrzostw Europy, na których nie zależało im na „blaszce”, bo byłaby inna niż ta najcenniejsza, teraz są o krok od ostatecznego triumfu. To będzie masakrycznie trudny pojedynek, ale mentalnie chyba łatwiejszy niż z Kanarkowymi. Bo mimo tego, iż Rosjanami gra się nam ciężko, to o wysoką stawkę i na ważnych imprezach potrafimy ograć ich nawet ze skurczem mięśnia spowodowanym wysiłkiem (jak 30 lipca 1980 roku w Moskwie na przykład;) Wiara czyni cuda i przenosi góry – a tak mało trzeba nam! I – jakby nie patrzeć – dużo tak… Wierzę jednak, że za kilka godzin będziemy w euforii z naszymi orłami, sokołami, herosami. I tak jak 5 lat temu pobudzimy rano niedźwiedzie niczym Adam Małysz w Vancouver, a wraz z niedźwiedziami rodziny i sąsiadów. Wybuchem radości, widząc obrazki dokładnie takie, jak w 2006 roku – tym razem jednak po maksymalnie czterosetowej batalii z Rosją: